...tęsknię z fotela na fotel obok, w teatrze czy w kinie (...),
na
szerokość kołdry, która okrywa nas oboje,
tez potrafię tęsknić do Ciebie
- przez drzwi łazienki, w której się kąpiesz,
i przez schody, po
których idziesz do mnie,
i przez naskórek mój, szczelnie przywarty do
Twego.
Felix Henriksen
Czterdziestotrzyletni wykładowca literatury współczesnej na uniwersytecie kopenhaskim.
Wielbiciel taniego wina i grubych powieści. Zasypia w wannie, czasem gubi okulary, unika garniturów, ma zmarszczki i prosty nos. Kiedyś golił się codziennie, teraz nie ma na to czasu. Od zawsze jest bezpłodny, od prawie trzydziestu dwóch lat zafascynowany literaturą, a od osiemnastu żonaty. Paznokcie obcina krótko, pocztę sprawdza tylko we wtorki, a telefon komórkowy służy mu jako zegarek. Chętnie gotuje skomplikowane dania, oglądając jednocześnie programy kulinarne i udaje, że sam jest mistrzem w swojej własnej kuchni. Gra na pianinie, nie posiada samochodu i ogląda w telewizji obchody chińskiego Nowego Roku. Większość czasu spędza z chorą na schizofrenię żoną. Siedzi w szpitalnym pokoju, trzyma jej kościste dłonie i opowiada o tym, jak bardzo chciałby wziąć ją z powrotem do domu. Wsiada w autobus, mieszkanie jest puste i sięga po wino, żeby następnego dnia na uczelnię wkroczyć z szerokim uśmiechem. Nosi w pudełku makaron i podgrzewa go w akademickiej mikrofalówce. Żuje, nucąc pod nosem Mozarta. Tak mu przecież dobrze.
Poplamiłem całą pościel
zmartwieniami uprzednich dwudziestu lat. Brudna jest, wymięta od smutku. Ty
wycierałaś w nią łzy, a ja palce od sosu bolognese. Starałem się ograniczyć te
pierwsze i scałowywałem je z Twojej twarzy, szepcąc o pięknych oczach, dzikich
plażach, walecznych sercach. Czy możesz odnaleźć mnie pomiędzy głosami w
głowie? Czy Ty mnie w ogóle słyszysz? Obejmuję Cię ściśle, wytaczam wojny
wszystkim szaleństwom, które atakują Twoją głowę.
Kiedy się poznaliśmy, mówiłaś że
jestem silnym mężczyzną i tylko taki udźwignie wszystkie demony, które w sobie
nosisz. Pozwoliłaś mi uwierzyć, że poradzę sobie z każdą słabością, która Nas
dopadnie. Przestałem je traktować jako Twoje kiepskie dni, od dawna są już
Naszymi. Zawiodłem się na własnych skrzydłach, które miały Cię unosić ponad
każdy problem. Wybacz mi, że nie chcę dać Ci odejść. Siedzisz mi na kolanach i
prosisz, żebym Cię puścił, ale kochanie, jesteś moim wszystkim. Nie jestem w
stanie.
Osiecka w tytule.
I mam pozwolenie na publikację.

[Osiecka i zdjęcie i mniesięonpodobawięcniepierdol.]
OdpowiedzUsuńN. Lykke
Tego dnia niszczył swoją rutynę, która pozwalała zachować mu względny spokój umysłu i stanowiła tamę dla mętliku, który tylko czekał, aby wkraść się w jego życie i kolejne linie obliczeń zapisywanych flamastrem na białej tablicy. Mętlik i chaos były w jego życiu niechciane, ale nienawiść do nich przeważała czasami zwykła, całkowicie zbędna potrzeba przesiąknięcia zapachem papierosowego dymu w jakimś barze.
OdpowiedzUsuńPowinien w tej właśnie chwili rozbierać się, by kilka sekund później wejść do wanny, przy której leżałaby już zapalniczka, papierosy i przypadkowa książka, której najprawdopodobniej nigdy nie skończy. Zamiast tego jednakże wszedł do przypadkowego baru, który mieścił się odrobinę niżej poziomu drogi. Zszedł więc po siedmiu schodach i wszedł do zadymionego lokalu.
Było głośno. Zdawał sobie sprawę, że podobnym miejscom towarzyszy gwar rozmów, ale nie był przyzwyczajony do zbyt głośnych miejsc. Studenci czasami bywali hałaśliwi, to prawda, ale na uczelni mógł się jakkolwiek wyciszyć, a tu nawet nie miał serwetki, żeby rozpisać rachunek prawdopodobieństwa, że barman będzie musiał rozdzielić dwójkę kłócących się ze sobą mężczyzn.
Będąc przy barze, zamówił piwo. Dopiero po tym rozpiął płaszcz i przewiesił go przez barowy stołek. Nie chciało mu się siedzieć, a już tym bardziej udawać do szatni.
Przesunął palcami po włosach, policzył do trzech i rozejrzał się. Na tym jednakże poprzestał, bo otrzymał zamówione piwo, za które zapłacił.
Miał swoje piwo, którego wypił łyk. Odzwyczajony był od smaku alkoholu i od przebywania w tak dużej grupie nieznajomych mu ludzi. Powłóczył więc spojrzeniem po twarzach ludzi przebywających w lokalu, chociaż nie spodziewał się zobaczyć w takim miejscu kogoś znajomego. Jakież zdziwienie spotkało go, gdy natknął się na znajomego mężczyznę, który zajmował miejsce po przeciwnej stronie baru i zdawał się nie być w najlepszej formie. Szybko przypomniał sobie co było mu wiadome o tym człowieku. Był to bodajże wykładowca literatury, ale z całą pewnością miał na imię Felix i był żonaty, był to fakt o którym świadczyła noszona przez tego człowieka obrączka.
OdpowiedzUsuńChwilę zastanawiał się, czy podejść czy może sobie odpuścić, dopić piwo i pokonać odległość dzielącą go nie od mieszkania, a od wanny. Zdecydował się podejść i nie miał pojęcia co go do podobnego czynu popchnęło. Po prostu zgarnął swoje rzeczy oraz kufel piwa i zajął miejsce obok Felixa, nawet nie pytając go o jego zapatrywanie się na podobny stan rzeczy.
– Zły wieczór? – zapytał, starając się zawrzeć w jednej, dość krótkiej wypowiedzi wszystko to, co miał w tej chwili na myśli. Przede wszystkim towarzyszyło mu w tej chwili zdziwienie, ponieważ tego akurat wykładowcę kojarzył jako przyjemnego, wesołego człowieka o nieco ekscentrycznym sposobie bycia. Nie wydawał się być w żadnym wypadku kimś, kto topi swoje smutki w wódce.
Upił trzy łyki piwa, po czym odstawił kufel o blat, na którym się oparł.
Podobno powinien być wnikliwym obserwatorem, ponieważ uznano go kiedyś za geniusza i przeskoczył kilka klas. W praktyce okazywało się jednak, że o ile wie od czego zacząć w rozwiązywaniu równania, o tyle nie ma pojęcia jak odpowiednio rozpracować ewidentnie przygnębionego człowieka, do którego już odważył się w ogóle podejść. Rozumiał liczby, ale nie ludzi i to był jego główny mankament, a ponadto miał ich jeszcze niezliczoną ilość.
OdpowiedzUsuń– I tylko to? – zadał kolejne pytanie, składające się z kolejnych trzech słów, które naprawdę chciałby sobie darować. Zaczynał żałować, że ponad język migowy nie ma innej możliwości komunikacji i musi korzystać z wyrzucania z siebie kolejnych wypowiedzi. Oczywiście mógłby jeszcze pisać, ale to byłoby na dłuższą metę zbyt męczące.
Całe szczęście, że studenci nawet jeśli czegoś nie rozumieli to zadawali minimum pytań, na które mógł odpowiedzieć po prostu zapisując szereg cyfr i jednomianów na tablicy.
– Chyba aż tak dużo sobót do nadrabiania pan nie ma… – wywnioskował, przyglądając się Felixowi uważnie. Niemalże starał się prześwietlić jego umysł. Mężczyzna z całą pewnością nie wypiłby tyle, gdyby chciał wyłącznie nadrobić, bo mimo wszystko zachowałby przy tym trochę zdrowego rozsądku i umiaru. Zważywszy na fakt, że zastał wykładowcę w takim, a nie innym stanie, to jego umiar już dawno został zepchnięty na dalszy plan.