poniedziałek, 11 listopada 2013

You used to be much more… muchier. You've lost your muchness.


      Godnat, kære.
    Nie zatrzymuj mnie, muszę już iść. Mam też innych, którzy potrzebują pomocy. Dlaczego znowu nie śpisz? Nadal dręczą cię koszmary, nie dające zmrużyć oka chociaż na kilka godzin? Nie proś o proszki, nie będę przemycać dla ciebie tabletek, które dadzą ukojenie tylko na chwilę. Posiedzę przy tobie kilka minut, nie więcej, przecież nie chcę, aby pomyśleli, że cię faworyzuję. Wiesz, to nieprofesjonalne poświęcać jednym pacjentom więcej czasu, niż innym. Usiądę obok ciebie, bo wiem, że nie lubisz być sama. Zegar odliczający kolejne sekundy tak głośno tyka, gdy siedzisz zamknięta w pokoju bez klamek, a myśli zdają wwiercać ci się w głowę. Przełykasz ślinę, która cierpko spływa wzdłuż przełyku, a potem zwijasz się w kłębek na twardej pryczy. Deski wbijają się w kark i w kręgosłup aż po samą kość ogonową. Pomieszczenie jest zbyt ciasne nawet jak na ciebie i chociaż nie masz klaustrofobii, ściany zaczynają niebezpiecznie się przybliżać. Duszą cię. Oplatają niewidzialnymi rękoma, ściskają za szyję. Nie dziwię się, że nie lubisz siedzieć tu sama; tak po prawdzie to ja też bałabym się, że w końcu cisza zmiażdży mi uszy, wedrze się do mojej głowy i zapomnę, jak się nazywam. Milczenie nie jest takie straszne, gdy milczysz przy kocie, przy muzyce, przy przyjacielu - jest straszne, kiedy siedzisz w czterech ścianach zupełnie sama. W takiej ciszy nawet twój własny głos brzmi przerażająco, gdy próbujesz dodać sobie otuchy śpiewaniem.
     Nie bój się, przecież siedzę tuż obok, nie pozwolę, aby stało ci coś złego. Wiesz, ludzie mówią, że gdy rozmawiasz z wariatem, sama w końcu zaczynasz wariować. Podświadomie czuję, że to prawda i dlatego nie lubię siedzieć z wami dłużej, niż to konieczne. Boję się, że zabierzecie mnie do swojego świata, w którym nic nie jest takie, jak w rzeczywistości. Ale ty jesteś inna, dlatego przychodzę tu dzisiaj po raz trzeci, siedzę przy twoim łóżku i próbuję podnieść cię na duchu. Twoje życie jest takie smutne, że nawet ja - z bryłką lodu zamiast serca - zaczynam ci współczuć i myśleć, że nic nie może być gorsze od życia szaleńca. Nie patrz tak na mnie, wcale nie chciałam cię urazić. Ale powiedz, czy to normalne; słyszeć głosy? Posiadać rozszczepioną osobowość? Mieć omamy i iluzje jako wytwory chorej wyobraźni? Mówisz sama do siebie, a potem także do ludzi, którzy nie istnieją i przez cały czas wydaje ci się, że nie ma w tym nic dziwnego. Zamykasz się w świecie własnych przeżyć, jakby to mogło w czymkolwiek pomóc. Ale prawda jest taka, że ani lekarze ani ja nie możemy nic zrobić. Nie może ci pomóc nic oprócz ciebie samej. Gdybyś chciała. Gdybyś potrafiła. Gdybyś mogła. Gdybyś wiedziała, że coś jest nie w porządku.
     Kiedy tak właściwie to się zaczęło? Może wtedy, gdy kilka lat temu porzucił cię narzeczony, będący dla ciebie wszystkim, o czym kiedykolwiek marzyłaś? A może wtedy, kiedy zaczęłaś nałogowo kupować czarne koty, by móc się przytulić do czegoś miękkiego w deszczowe dni? Albo wtedy, gdy topiłaś smutki w alkoholu, potem czując obrzydzenie do samej siebie, które nie dawało ci spokoju nawet późno w nocy? Na początku pewnie wydawało ci się, że możesz kontrolować rozpacz, pić tylko w soboty, a płakać o piątej nad ranem, ale ta pewność powoli okazywała się zgubna. Bo szaleństwa nie da się zatrzymać; ono włada ciałem, umysłem, życiem, całym twoim światem. A co mówili, gdy miałaś dziewięć lat? Mówili, że życie pełne jest spadających gwiazd, spełniających życzenia i czterolistnych koniczyn, przynoszących szczęście. Mówili, że będzie książę z bajki, gromadka dzieci, dom z ogrodem pełnym róż, że będzie długo i szczęśliwie. Nie wspominali nic o porzuceniu, pustym miejscu po lewej stronie łóżka, samotnych nocach, gdy nie ma nadziei na lepszy świt. Ale czy nie zrobiło się trochę późno? Czas tak szybko ucieka, kiedy z kimś rozmawiasz, a ja chyba powinnam się już zbierać. Pamiętasz, to nieprofesjonalne faworyzować pacjentów, jeszcze inni pomyślą, że masz u mnie specjalne względy. Proszę, spróbuj dziś zasnąć. Nie rób takiej przerażonej miny, przecież nie odchodzę na zawsze.
     Jutro znów cię odwiedzę. Słodkich snów, Saskia.

Saskia Nørgaard

01.11.1979, od zawsze Kopenhaga, eks narzeczona
trzydziestoczteroletnia lekarka na oddziale psychiatrii
bezsenność i niezdiagnozowana jeszcze schizofrenia 
Jasmin J. Sønd
Østergaard
Østergaard

34 komentarze:

  1. [Cudowne imię, serio, bardzo mi się spodobało.]

    Joakim

    OdpowiedzUsuń
  2. [Jestem zachwycona kartą! Saskia to świetna postać. Witam serdecznie :)]

    Freja

    OdpowiedzUsuń
  3. [Mhm, ja już na temat karty swoje powiedziałam - jak dla mnie w dobry sposób zaskakująca i równie dobrze napisana :)
    I rozpocznę wątek za niedługo, jak tylko wyrwę jakąś chwilę czasu nauce.]

    Thomas

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dzień dobry c: Widzę nazwisko.mojej postaci to może stworzymy jakieś rodzinne powiązanie?]
    Malin Nørgaard

    OdpowiedzUsuń
  5. [ pani na zdjęciu ma śliczne oczy. a sama karta gładko się czyta. Naprawdę świetna postać]
    Josephine

    OdpowiedzUsuń
  6. [To jak? Butla wina (na pewno więcej, ale w liczbie pojedynczej brzmi tak... poprawnie politycznie), koc, kanapa i podpite smęcenie?
    Jak tak, to błagam, zacznij.]

    Joakim

    OdpowiedzUsuń
  7. [No ja zazwyczaj wolę drogę kompromisu niż bitew c: No to mogą być kuzynkami. A teraz co do wątku, to może załóżmy, że spotkają się u jednej z nich jako 'podsumowanie miesiąca', czyli głupie plotki, oglądanie filmów, itd. I na przykład robią to właśnie zawsze co miesiąc, a takk to spotykają się raz na jakiś czas w kawiarni itd. Oczywiście często leją się łzy, wino, wódka, ale i tak częściej się śmieją. Ok? A i może w takiej rekompensacie za to nazwisko zaczęłabyś? Tak wiem, jestem okrutna wykorzystując to sytuację :D]
    Malin Nørgaard

    OdpowiedzUsuń
  8. ~ Salem
    [Cześć, cześć! :) Imię mnie również zaciekawiło, ale sprawdzałam trzy razy i NAPRAWDĘ funkcjonuję w oficjalnym spisie imion duńskich. Nie mogłam się powstrzymać :) I widzę, że podzielamy swoją fascynację piegami - zdjęcie pani na górze totalnie wbiło mnie w podłogę, jest cudowne! ]

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Cudowne zdjęcie i równie cudna karta! Witamy na blogu :)]

    Lucas

    OdpowiedzUsuń
  10. [ może...może wracałaby z pracy i zobaczyłaby na jednej z ławek płaczącą J? Można założyć, że się zgubiła, jest tu od miesiąca dopiero, to miasto i kraj ją przerażają, nikogo nie zna, plus jeszcze ta ciąża. Z początku chciałaby przejść obojętnie, myśląc, że może to jedna z tych, które rzucił chłopak, a potem dostrzegłaby brzuch i jakoś tak postanowiłaby się ulitować? Nie wiem czy wzięłaby ją do siebie, ale może pomogłaby odnaleźć Josie drogę do obskurnego mieszkania, które tymczasowo wynajmuje? Nie wiem, nie myślę :C]
    Josephine

    OdpowiedzUsuń
  11. [ pasuje mi jak najbardziej :) przynajmniej by się do czegoś przydała, nie byłaby darmozjadem. Co do długości to od średnich po długie. Krótkie też mogą być, ale nie wiem dlaczego męczę się bardziej pisząc krótkie odpowiedzi]
    Josephine

    OdpowiedzUsuń
  12. [ i mi się zdarzają odpisy na dwa komentarze, więc raczej się dogadamy, a przynajmniej mam taką nadzieję :) zawsze staram się odpisywać na mniej więcej taką samą długość, bo w przeciwnym razie czuje się źle, że ktoś się rozpisał, a ja odsyłam chłam.
    Nie mogłam znaleźć innego więc jest takie :D cieszę się, że się podoba]
    Josephine

    OdpowiedzUsuń
  13. [Pusto, bo postać jest, jaka jest. Dziękuję za przywitanie i za zaakceptowanie Thei jako smutnej malarki, nie zaś takiej cudownie szalonej, z rozwianymi włosami i farbą na ubraniach. Chociaż, to ostatnie może się zdarzać. Byłoby mi bardzo miło, gdybyś była chętna na poprowadzenie ze mną wątku. Jesteś? ]

    Thea

    OdpowiedzUsuń
  14. [Jakie tam oryginalne, nie nazwałbym tak ani mojej karty, ani chyba żadnej spośród tych, które widziałem.
    W karcie zawarłem trzy teorie, legendy miejskie, które nie stoją ze sobą w harmonii. Być może Aage miał żonę, która zmarła, a może ją zostawił lub ona jego albo razem doszli do wniosku, że lepiej się rozstać, a może on nigdy się nie żenił. Niech to na razie pozostanie tajemnicą. Nie jest też raczej puchatym misiem do przytulania, ale wpaść do mieszkania Saskii i oświadczyć, że dzisiaj tu przenocuje, może, skoro Ci to pasuje. To niedługo postaram się coś sklecić, chyba że sama wolisz to zrobić.]

    ~ Aage Gjellerup

    OdpowiedzUsuń
  15. Rzadko kiedy zapuszczał się tak daleko.
    Szpitalne korytarze znał niczym własną kieszeń; bez podnoszenia wzroku potrafił wskazać drogę zagubionemu pacjentowi bądź odwiedzającemu, gdy takowy natrafił na Thomasa gdzieś po drodze; bez chwili namysłu, której nie potrzebował. Jego specjalnością oczywiście był oddział neurochirurgiczny, ale całkiem dobrze radził sobie również w skrzydle neurologicznym. Krążył po korytarzach, zaglądając do swych pacjentów. Ponoć miał sprężysty, pełen energii krok człowieka, którego cechowała niezdrowa ilość pewności siebie. Z tym drugim wszystko mogło się zgadzać - wiedział kim był i skąd pochodził co wystarczało mu by czuć się dostatecznie pewnie w świecie; nie wiedział jedynie dokąd zmierza i metodycznie pomijał ową kwestię w rozważaniach. Brakowało mu jednak energii, którą pozostawiał na sali operacyjnej, rozdawał pacjentom, gdy zachodziła taka potrzeba. Nie miał siły by pochwalić młodych rezydentów, odpowiedzieć na uśmiech pielęgniarce z którą ostatnio się przespał, nie posiadał dostatecznie dużo energii by zaszczycić rozmową własną matkę, gdy ta dzwoniła niezmiennie, gdy Thomas prowadził samochód.
    Ów mylący krok zaprowadził go na oddział psychiatryczny. Zazwyczaj nie zapuszczał się tak daleko bo przygnębiała go sama wizja pracowania w tym miejscu i z niechęcią wracał do wspomnień, gdy na stażu wysyłali go do różnych oddziałów, również w to miejsce. Przyszedł po niezbędne mu dokumentacje kilku pacjentów, których potrzebował do swej własnej, przedoperacyjnej diagnostyki. Thomas stanął przy kontuarze czekając aż recepcjonistka znajdzie potrzebne mu papiery. Wyjrzał za okno tego położonego najbardziej na północ kompleksu szpitalnego budynku i z obojętnością odnotował zmianę pogody z brzydkiej na jeszcze gorszą, gdy powróciła recepcjonistka. Była kobietą w średnim wieku o łagodnej twarzy i Thomas szczerze współczuł jej miejsca pracy. Przekazała mu plik dokumentów, przepraszając jednocześnie, że nie dotarły do jego gabinetu wcześniej. Nie widząc w tym żadnego, większego problemu, Thomas wzruszył nieznacznie ramionami na co kobieta uśmiechnęła się, ale jej wzrok nie obejmował postaci Thomasa. Uśmiechała się do kogoś kto stał za nim, oddalony o dobrych kilka kroków.
    - Dzień dobry, pani doktor Nørgaard - rzuciła nieświadoma niczego recepcjonistka, a twarz Thomasa momentalnie stężała. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że przesłyszał się. Nie miał pojęcia, że Saskia pracuje w tym szpitalu, nie miał pojęcia o tak wielu rzeczach...
    Wystarczyło się obejrzeć i przekonać na własne oczy. Nazwisko o niczym nie świadczyło; mógł to być zbieg okoliczności. Thomas ich nienawidził więc z pewnością z takowym miał do czynienia. Przez moment niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu, zastanowił się. Nie chciał jej widzieć i nie chciał by ona patrzyła na niego; wolał uniknąć milczącej oceny i wyrzutów, które widoczne byłby tylko w jej oczach. Ruszył więc przed siebie, kierując swe spokojne kroki ku wydziałowi neurochirurgii.
    Tchórz.

    [Mam nadzieję, że może być.]

    Thomas

    OdpowiedzUsuń
  16. [ Zobaczymy czy taką twardą dziołchę będę potrafiła prowadzić, bo naszkicować rys to jedno, a wprowadzić go w życie to już zupełnie inna rzecz. Zwłaszcza, że to eksperyment, raczej takiej postaci nigdy jeszcze nie prowadziłam, więc muszę zmierzyć się sama ze sobą.
    Miłej zabawy! ;) ]
    Ingelise

    OdpowiedzUsuń
  17. [Spotkaliśmy się już wcześniej? :D
    Czytałem kartę jeszcze jak była w szkicach i się dopiero tworzyła (huehue :>). Możemy przybić sobie piątkę, bo oboje zdecydowanie daliśmy radę!
    Nie chcę robić z nich wrogów, on do przyjaźni się nie nadaje, a jeśli chodzi o kochanków, to z jego strony nie ma raczej na co liczyć. Ale mam pomysł, jak zacząć ich znajomość od samego początku. Może Saskia będzie miała jakiś niegroźny wypadek samochodowy za miastem? Wypadnie z drogi, straci przytomność. :D]

    R. Smit

    OdpowiedzUsuń
  18. Dochodziła dwudziesta trzecia trzydzieści, gdy Freja wreszcie znalazła się na ulicy niedaleko domu. Na dworze od dawna było już ciemno. Skrzywiła się; kiedy było pogodnie, świat nie wydawał się taki przygnębiający. Popołudnie spędziła z ojcem, rozmawiali o mało istotnych rzeczach chyba pierwszy raz od dłuższego czasu. W przeciągu kilku godzin jej umysł zdążył odpocząć od przeciążenia nauką, a ojciec kilkakrotnie zmieniał zdanie czy powinien pójść do lekarza, czy też nie powinien. Kiedy Freja wychodziła, stanowczo powtarzał, że już nigdy więcej nie zaufa żadnemu specjaliście, co prawdopodobnie znaczyło, że na drugi dzień spróbuje udać się na wizytę.
    Szła ścieżką prowadzącą do kamienicy, w której wynajmowała mieszkanie. I czasami tak idąc, zastanawiała się, dlaczego nie może znaleźć czegoś w bardziej przystępnej dzielnicy. Miała przecież trochę odłożonych funduszy na koncie zarobionych głównie dzięki działalność grafika, więc gdyby się postarała, naprawdę mogłaby porzucić ruderę ze zgrzybiałymi sąsiadami, notorycznie zalewającymi wodą sufit i rozpocząć nowe życie we właściwym miejscu.
    Freja otuliła się szczelnie ramionami; z północy wiał nieprzyjemny wiatr, a ona nie ubrała się wystarczająco ciepło. Mało brakowało, a zaczęłaby zaraz szczękać zębami. W duchu zganiła się za własną głupotę. Dookoła panowała przeraźliwa cisza, tylko w niektórych oknach świeciły się światła, a w promieniu najbliższych kilkunastu metrów nie było widać żywej duszy. Dopiero kiedy wkroczyła na strefę zagrożenia, jak ją sobie sprytnie nazwała, skuliła się, żeby przemknąć niezauważona. W tle słychać było już odgłos tłuczonych butelek. Zazwyczaj nie przejmowała się nieciekawym towarzystwem grasującym w zacisznych miejscach, lecz dzisiaj dopadły ją złe przeczucia. I słusznie. Banda zakapturzonych męskich postaci wyłoniła się ze ślepego zaułka.
    - Popatrz, popatrz, kogo my tu mamy… - rzucił jeden z mężczyzn, taksując sylwetkę blondynki lubieżnym wzrokiem - Takie ślicznotki zawsze są chętne by się pobawić…

    [Nie ma za co! :)]

    Freja

    OdpowiedzUsuń
  19. [Będzie jechał, zobaczy samochód na poboczu. Zatrzyma się i pomoże. Coś tam w sobie ze strażaka ma. Szczególnie, że kiedyś był normalnym strażakiem. :D
    To zaczynaj, czekam!]

    R. Smit

    OdpowiedzUsuń
  20. [ Myślę i myślę i wymyślić nie mogę. Może by tak w ramach totalnej desperacji zapisali się do jakiejś grupy wsparcia? Oczywiście wymykaliby się tam pod osłoną nocy i sami przed sobą by się dalej nie przyznawali że generalnie to mają problem i nie mogą ruszyć dalej z życiem bez swoich połówek? I ich pierwszym zadaniem byłoby opowiedznie swojej historii, dobraliby ich w pary i oni byliby razem? ]

    Lucas

    OdpowiedzUsuń
  21. I/II

    Gdyby tylko udało się na moment zatrzymać. Nie w czasie i przestrzeni, ale tak wewnętrznie. Przystanąć w miejscu i poświęcić chwilę czasu na zastanowienie się; na odpowiedzenie na pytania, które przecież były, jedynie niewypowiedziane i pozostawione sucho bez odpowiedzi. Jak na przykład - kiedy tak właściwie się wycofał i zrezygnował na rzecz wyższych racji i dobra w które nie wierzył, a które występowało w postaci życia jego pacjentów? Thomas nie wiedział. Nie wiedział bo i nigdy się nad tym nie zastanawiał. Nie było czasu, a każda myśl goniła kolejną, oddalając go zawsze od sedna sprawy. Gdzieś przebiegała umowna granica pomiędzy poprzednim życiem, które prowadził, a tym obecnym, które zdecydowanie nie należało do niego. Nigdy nie był do końca pozytywnym człowiekiem, ale wykazywał wiele cech, które mogłyby na to niejako wskazywać. Lubił rozmawiać i lubił bliskość drugiej osoby; podróżował, w wolnych chwilach wkuwając do najbliższego egzaminu czy testu, ale podróżował. Chłonął wzrokiem nowe obrazy, rejestrował świeże wspomnienia, poznawał i badał. Nie przeszkadzały mu wizyty w domu rodziców, którzy od zawsze i chyba na zawsze mieli być dumni ze swego pierworodnego syna. Przede wszystkim nie miał nic przeciwko miłości, przyjaźni i innym emocjom. Wiedział, że ludzie potrzebują wielkich słów, deklaracji i tej całej pięknej otoczki, która służyła dziś nie wiedzieć czemu. Można by powiedzieć, że Thomas obecnie nie był właśnie tym wszystkim, co niegdyś tworzyło jego osobę.
    Szpital był domem, ale pacjenci w żadnym wypadku przyjaciółmi. Był więc sam, sam, do chuja pana i wiedział, że wszystko to zawdzięczał sobie. Nie miał nawet cholernych kotów, które wypełniłyby jego chaotyczne, starokawalerskie mieszkanie, przepełnione pustymi butelkami, niedopałkami i gazetami, które datowano nawet na trzy lata wstecz. Żył tylko pracą i wszyscy zdawali sobie z tego sprawę; personel szpitala, pacjenci i ludzie, którzy kiedyś tam stanowili jakiś element jego codzienności. Wiedział i on sam, a wciąż uciekał w pracę. Błędne koło się zamykało.
    Usłyszał powitanie Saskii z recepcjonistką, ale skupił swój wzrok i myśli na najbliższym zakręcie korytarza. Pokona go, trafi do windy, zjedzie na sam dół i wyjdzie na zewnątrz, by tak dojść do swego skrzydła szpitala. Może chłodne powietrze go trochę otrzeźwi. Był profesjonalistą? Kurwa, dobry dowcip. Jak spotkanie byłej narzeczonej mogło go wyprowadzić z równowagi do tego stopnia? Niedorzeczne, nie?
    Cóż, fakt faktem. To nie była zwykła narzeczona, dziewczyna z którą kiedyś, jak się wydaje po upływie czasu, coś go łączyło. Jego Saskia zawsze była kimś więcej, czego na chwilę obecną nie byłby w stanie nazwać i zdefiniować.
    Szedł spokojnie, ale go dopadła. Może mógł przyśpieszyć kroku i wyjść na skończonego idiotę, ale przynajmniej uniknąłby konfrontacji. Ale to nie tempo kroków go zwiodło; cholerna karta jakiegoś cholernego pacjenta. Przystanął i upłynęło kilka kolejnych sekund, które poświęcił na zastanowienie się jaki powinien przybrać wyraz twarzy. Sztucznego zaskoczenia? No nie, naprawdę Cię nie zauważyłem, tyle czasu minęło, Saskia.
    Jasne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwrócił się do niej wreszcie, a jego twarz właściwie pozostała bez wyrazu. Nie dał po sobie nic poznać, jak gdyby owo nic było faktyczne i rzeczywiste. Przyjął jej słowa i miał nadzieję, że dalej nie mogła czytać z jego twarzy. Przecież go znała, nie? Nie dała właśnie ku temu dowodu, mówiąc kilka prostych, ale prawdziwych słów? Jedyna osoba na świecie, która go znała, znajdowała się na wyciągnięcie ręki. I to właśnie było niebezpieczeństwo. Ja pierdolę, przeklął w duchu. Szybkie spojrzenie w oczy Saskii pozwoliło mu na ocenę. Ciekaw był co ona pomyśli. Jak się zmienił? Jak bardzo był zmęczony?
      - W takim razie co pomyślała pani doktor Nørgaard? - zapytał, oczywiście grając na zwłokę. Wolał tysiąc razy bardziej przyczepić się do jakiegokolwiek słówka, które padło z jej ust niż rozpocząć rozmowę z prawdziwego zdarzenie. Bo niby co takiego miał powiedzieć?

      [To jest mini tasiemiec. I mam nadzieję, że przekleństwa Ci nie przeszkadzają, taka ekspresja Thomasa.]

      Thomas

      Usuń
  22. [Dzisiaj mam takie urwanie głowy, że nie dam rady odpisać i uprzedzam ;]

    Thomas

    OdpowiedzUsuń
  23. [o jeju, dziekuje <3 wierz lub nie, ale jeszcze zanim wstawilam karte zachwycalam sie Twoja (w tym rowniez imieniem i zdjeciem, wszystko sie zgadza), darze szczegolna sympatia postacie nienormalne, a juz z pewnoscia tak dobrze zbudowane jak Twoja. Co do Ovii, sama sie w tym zdjeciu zakochalam i mialam szczescie, ze cala jej historia przyszla mi do glowy pod wplywem samej fotografii. Jak juz przyjdzie mi do glowy cos konkretnego z pewnoscia sie do Ciebie zglosze po watek, bo tak naprawde nie lubie przychodzic z pustymi lapkami. Jeszcze raz dziekuje za powitanie :)]

    Ovia.

    OdpowiedzUsuń
  24. [ W zasadzie, to Finn od dłuższego czasu jest moim całkowitym przeciwieństwem, ale i tak uwielbiam go nadal, zapewne przez sentyment. Trudno się tak po prostu rozstać z postacią utworzoną w ok. 2009 roku. ;)
    Powiem ci szczerze, z łapką na sercu, że miałam wczoraj do ciebie napisać w sprawie wątku, ale nie zdążyłam, bo mi się przysnęło. Skończyłam z nosem w klawiaturze gdzieś przy słowie "kocie" i niestety dalej nie doczytałam(ale zapewniam, że się poprawię i wszystko nadrobię w kwestii karty; zaciekawiła mnie!).
    Niemniej jednak, skoro Saskia jest psychiatrą, to mogła mieć kiedyś jakieś spotkanie/wizytę z Finnem i teraz mogłabym np. drążyć czemu się tak zmienił? (kiedyś był bardziej... "ospały", o ile przy jego ADHD można to tak określić ;)), co ty na to?
    To pierwsze co mi wpadło do głowy. ]

    Finn Nesbitt

    OdpowiedzUsuń
  25. [Och, dziękuję bardzo! :D]

    Tobias

    OdpowiedzUsuń
  26. Zachowywanie pozorów było dla Thomasa obce. Nawet jeśli wkradały się do jego życia to było to działanie zupełnie nieświadome, uczynione bez jego woli. Po co właściwie miał udawać osobę, którą nie był; dlaczego miał sprawiać wrażenie, że posiadał te wszystkie rzeczy, których de facto nie miał; po co miałby mówić rzeczy z którymi się nie zgadzał? I najważniejsze pytanie - przed kim miałby zachowywać te pozory? Przed współpracownikami, pacjentami, rodziną? Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z faktu jak wygląda prawda; stary kawaler, niegdyś zakochany, teraz tylko przepracowany, zniechęcony, cierpiący na chroniczny brak czasu. Zero pozorów, zero udawania. Był poniekąd chodzącą prawdą, często niewygodą dla tych, którzy go otaczali. Zwłaszcza dla własnych rodziców, którzy także trudnili się zawodem lekarza, ale zawsze, niezależnie od wieku, byli dalecy od stanu w którym znajdował się Thomas.
    W ostatniej fazie ich związku wiele się zastanawiał nad sobą. Nie nad Saskią, nimi razem, ale nad sobą. Ponieważ to wszystko, bardzo ogólne pojęcie, ale to wszystko - rzeczywiście było winą Thomasa. Usiłował odnaleźć w sobie te uczucia, którymi kiedyś darzył Saskię bo wierzył, że jeszcze się w nim znajdują. Zepchnięte zupełnie głęboko, ale musiały gdzieś być. Wszystko jednak przysłoniła mu praca, odbierając kawałek po kawałeczku jakiekolwiek chęci by walczyć o to co zwykł nazywać życiem prywatnym. Poddał się. To takie bardzo w jego stylu, nieprawdaż?
    Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale z całą pewnością w Saskii należy doszukiwać się przyczyny dla której nigdy nie związał się już z inną kobietą. Było ich wiele później w jego życiu, ale były to jedynie przelotne znajomości, kończące się niezwykle szybko. Nie mógł być z żadną inną kobietą ponieważ należał do Niej. Wyparł zupełnie takie myślenie, ale prawdy nie był w stanie zmienić. Ani zaakceptować.
    Stał niczym skończony idiota na szpitalnym korytarzu, obserwując jak układają się usta Saskii, wypowiadającej słowa, które nie do końca docierały do jego świadomości. Cała sytuacja wydawała się Thomasowi kurewsko surrealistyczna - tak długo udawało mu się uniknąć konfrontacji z byłą narzeczoną, tak dobrze unikał rzeczywistości. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że pracuje w tym samym szpitalu. I znowu przegrał. Nie był pewien z kim, ale przegrał. Frustrujące.
    Wziął kartę pacjenta z dłoni Saskii, nie wiedząc co właściwie miałby odpowiedzieć czy dodać. Nie wyglądał też jak gdyby miał się ruszyć z miejsca chociaż czuł jak jego kończyny czekają na impuls z mózgu, który zażądałby natychmiastowego oddalenia się z tego miejsca. Pojawił się za to inny impuls. Krzywy, niepełny uśmiech na twarzy, którego wszyscy nienawidzili. Odbierany zwykle był za jawną kpinę, niechęć, lekceważenie. Thomas nie wiedział nawet dlaczego akurat teraz pojawił się na jego twarzy.
    - Jak długo tutaj pracujesz? - zapytał. Niemiłosiernie przedłużał moment ich spotkania, jednocześnie marząc by ten zakończył się jak najszybciej. Dlaczego to robił? Chyba zawsze miał w sobie coś z masochisty. Stawianie siebie samego w tak niekomfortowej sytuacji - specjalność Thomasa. W niewygodnej sytuacji pozostawiał też Saskię. Po co miała dłużej patrzeć na jego zmiętą, zmęczoną i pełną niechęci twarz? Po co? Wiele pytań, mało odpowiedzi.

    [Przepraszam za obsuwę czasową!]

    Thomas

    OdpowiedzUsuń
  27. I/II

    Trudno stwierdzić co było w swej istocie gorsze - Saskia karmiąca się kłamstwami, którymi również raczyła swoje otoczenie czy Thomas, do bólu prawdziwy i sprawiający tym samym zawód wielu ludziom. Zupełnie inaczej wyglądałoby podejście do tematu, gdyby był on rzeczywiście trudnym przypadkiem, nie mogącym się zmienić. A przecież nie urodził się pracoholikiem, nieodpowiedzialnym i pozbawionym uczuć, obojętnym na wszystko. Miał wiele wad, ale jeszcze więcej nabył. Niestety. Wszyscy mieli w głowie obraz dawnego Thomasa. Niekoniecznie ciepłego, otwartego i uroczego człowieka, ale z całą pewnością bardziej przystępnego niż w chwili obecnej. Matka cmokała z niezadowoleniem podczas swych regularnych nalotów na mieszkanie swojego jedynego syna, a ojciec zachowywał dyplomatyczne milczenie chociaż jego wzrok był pełen dezaprobaty. Wiedzieli, że mają nie pytać o Saskię i powstrzymywali się z czego Zachrisson był zadowolony. Z początku drążyli temat, doprowadzając do kłótni i pyskówek ze swym dorosłym synem. Wreszcie odpuścili, a ich tematy ograniczały się do pracy, pogody i tego co działo się aktualnie w świecie.
    Nie miewał właściwie przyjaciół więc grono osób znających go naprawdę było znacznie ograniczone. Byli znajomi ze studiów, ze szpitala, z baru i były dziewczyny. Nikomu się nie zwierzał, nie odczuwając potrzeby dzielenia się swoim życiem czy też poglądami. Wszystko uciskał w sobie i pewnie dlatego stawał się zgorzkniałym chujem.
    I była Saskia. Wiedziała i czuła wszystko. Pamiętał dobre chwile. Wracał do domu w okresie rezydentury, gdy nie wszystko układało się po jego myśli, a Saskia, która sama rozpoczynała swoją karierę i tak potrafiła uśmiechem i dotykiem przywrócić go na ziemię, do świata żywych. Pamiętał rzadkie leniwe weekendy podczas których leżeli po prostu obok siebie na kanapie, wsłuchując się w ciszę i z rzadka wypowiadane słowa. Pamiętał wieczory, gdy przegadywali się, mając tak wiele do powiedzenia, że zarówno Thomas i Saskia gubili się, nie wiedząc od czego zacząć. Bywały i gorsze momenty, jak zwykle z jego winy. Późne powroty do domu, które przekreślały obietnice składane przez telefon, milczące godziny, gdy każde z nich nie chciało ustąpić drugiemu. Thomas pamiętała rosnącą w nim irytację, gdy nie potrafił odpowiedzieć na zarzuty, które stawiała mu Saskia. Prawda w oczy kole, co? Były długie, głośne kłótnie po których on trzaskał drzwiami i wychodził, a potem wracał i na poły skruszony kładł się cicho obok Saskii. To nie było tak, że zapomniał, wyparł wszystko. Owszem, zepchnął wspomnienia na granice świadomości. Tak było łatwiej. I nie musiał się łudzić, że jeszcze kiedyś znormalnieje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. II/II

      Nie musiał czuć się zagrożony tym, że Saskia pracowała w tej samej placówce co on. Ale był. Ich oddziały były oddalone od siebie - przy minimalnych staraniach nie musieli się nawet spotykać. Ale było już za późno i stało się. Stali naprzeciw siebie, a jedyne co czuł Thomas to powracająca frustracja i niechęć. Nie chciał by Saskia widziała co robi i jak się zachowuje, nie chciał by widziała z kim wsiada do samochodu i o której wychodzi, gdy ma nieco luzu. Nie chciał by go oceniała, nie chciał by wyciągała pochopne wnioski. Nie chciał, nie chciał, nie chciał.
      Spojrzał na Saskię, doszukując się w jej twarzy jakichkolwiek oznak kpiny czy dowcipu. Jak Ci się tutaj pracuje...? A jak miało mu się, do cholery jasnej, pracować? Szukał drugiego dna w tym jakże prostym pytaniu, a jego twarz przybrała lekko zdezorientowany wyraz. Zwłaszcza, gdy usłyszał kolejne pytanie Saskii. Oprowadzić po oddziale...? Jakaś część jego ego, zapewne ta najbardziej męska i sprymitywizowana, była poruszona. Mógł, oczywiście, że mógł. Weźmie Ją na swój oddział, pokaże jak bardzo jest szanowany i uwielbiany przez pacjentów, jak profesjonalnie i odpowiedzialnie podchodzi do swej pracy. Urośnie w oczach Saskii, a przy okazji pokaże jej dlaczego właśnie tak wiele czasu spędza w tym miejscu. Było w tym nieco manipulacji. Thomas liczył, że gdy Saskia zobaczy oddział i pacjentów to zrozumie czemu się poświęcił. Ale to oznaczało spędzenie niejakiego czasu razem, a to zdawało się przerastać Zachrissona.
      - Jest w porządku, szpital jak każdy inny - odparł wymijająco, wpychając lewą pięść do kieszeni kitla, a drugą zaciskając na trzymanych kartach pacjentów i dokumentacji - Mój oddział też jak każdy inny, ale skoro chcesz zobaczyć to proszę bardzo - wzruszył nieznacznie ramionami i wskazując zajętą dłonią kierunek w którym mieli się udać. Ruszył wolnym krokiem, patrząc przed siebie i zastanawiając się nad realizmem tej sytuacji. Ja pierdolę, to się naprawdę dzieje.

      Thomas

      Usuń
  28. [ Ale... to jest bardzo dobre. Mnie to pasuje, ale mnie z reguły pasuje niemal wszystko.
    W każdym razie, może być zabawnie. Mam zacząć, czy może ty wolisz to zrobić? ]

    Ragnar

    OdpowiedzUsuń
  29. Nie miało być dziś z nim Rakel, a takie wydarzenie oznaczało, że nie będzie miał go kto przypilnować, bo przecież był dzieciakiem, który mógł dotknąć w każdej chwili rozgrzanej patelni albo z ciekawości chwycić po brzytwę i się dotkliwie skaleczyć. W normalnych warunkach nawet by się cieszył, że w końcu nie będzie kontrolowany na każdym kroku (chociaż jego siostra miała najpewniej w planach pisania mu esemesa średnio co pół godziny, żeby upewnić się, że akurat w tej chwili nic sobie nie robi), ale tym razem ratowała go odwiedzinami Saskia.
    W takich chwilach myślał, że w ogóle nie chce się zabić. Przecież nie prosiłby się wtedy o to, aby go przypilnować i w razie potrzeby powstrzymać.
    Chciał po prostu umrzeć, skrzywdzić się na tyle i wyzionąć ducha, jednocześnie nie wyrządzając żadnej złej rzeczy tak bliskiej osobie, jaką była jego bliźniaczka. Na radzie musiał zadowolić się przypaleniem przez papierosa, którego dokonał w kuchni na chwilę przed wkroczeniem przyjaciółki do mieszkania.
    Poczuł się wręcz przyłapany na gorącym uczynku, więc zgasił papierosa w popielniczce i przemył okrągłą, palącą ranę o poszarpanych krawędziach. Opuścił rękawy i już wszystko było w porządku, a on spokojnie mógł rozkoszować się tym drobnym bólem, który chciałby pogłębić.
    – Liczę na to, że wejdzie mi do mieszkania seryjny morderca, dlatego nie zamykam drzwi – oznajmił stosunkowo głośno, wychylając się z kuchni, żeby przywitać się ze swoją przyjaciółką, która jak na złość była psychiatrą, czyli kimś, kogo normalnie unikał niczym składania obietnic.
    Podszedł do kobiety i odebrał od niej koszyk, żeby spokojnie mogła się rozebrać, w końcu nadchodziła zima, a oni byli w Kopenhadze, nikt już nie biegał po mieście w samej bluzie, która chroniłaby przed chłodem. Celowo obciążył przypaloną rękę.
    – Jak się dziś masz? – zapytał, w ramach przywitania. Skierował się do salonu i postawił koszyk na niskim stoliku, który stał przed kanapą. – I czy masz ochotę na kawę? – rzucił kolejne pytanie, w końcu mieli w sobie jeszcze szczątki poprawności, nawet jeśli byli dwójką świrów, a więc umawiali się na kawę, a nigdy nie na upicie przy głupich serialach lub filmach.

    [Krótko, bo nie czuję się na więcej i badziewnie, bo nie czuję się ogólnie, wybacz.]

    Joakim

    OdpowiedzUsuń
  30. [Gdzie ona mieszka?]

    ~ Aage Gjellerup

    OdpowiedzUsuń
  31. Nie do końca zgadzał się z filozofią cyników — chyba żadnej z wielu istniejących doktryn nie wybierał dla siebie całościowo; tu wziął element, tam ukradł kolejny i tak tworzona była jego filozofia życiowa, chociaż, oczywiście, nie można było powiedzieć, że był twórcą czegoś nowego, skoro jedynie układał puzzle — ale lubił powtarzać za Diogenesem Jestem obywatelem świata!. Tak to już bywa, że wszystko jest niczym, więc kiedy za dom służy cała kula ziemska, może okazać się, że tego domu tak naprawdę się nie ma. Aage czasem boleśnie się o tym przekonywał.
    W Kopenhadze miał co prawda mieszkanie. Nie wynajmował go, nie kupił go, żył tam wbrew prawu. Mieszkanie w rzeczywistości należało do jakiegoś bogatego podróżnika, a z tym zawodem wiązało się to, że rzadko w domu człowiek przebywał. Gjellerup właśnie z tych nieobecności korzystał. Starał się jak najmniej korzystać z dobrodziejstw z tym związanych, żeby właściciel nie dowiedział się o tym nieproszonym lokatorze i jak na razie udawało się to.
    Czasem jednak podróżnik wracał i Aage musiał wtedy szukać nowego lokum. Wypracował kilka metod. W lecie, jeśli pogoda na to pozwalała, mógł spędzać noce na zewnątrz, mieszkanie było mu potrzebne wtedy tylko po to, by móc się na przykład wykąpać. Korzystał także z domów ludzi, którzy gdzieś wyjechali — czyli trochę jak to czynił z jego podróżnikiem, tylko że w innych przypadkach na krótszą metę. Oprócz tego po prostu wpraszał się do swoich licznych znajomych, często nie mieli oni nic przeciwko, oczywiście tylko w przypadku, gdy Aage nie korzystał zbyt hojnie z ich gościnności i po, powiedzmy, tygodniu znikał. Jego uczniowie chętnie by go do swoich domów przyjęli bezterminowo, pech jednak polegał na tym, że były to osoby, które na własność mieszkań nie miały, więc czasami Aage nie miał gdzie się podziać. Dlatego też obijał się po mieszkaniach ludzi sobie mniej lub bardziej znajomych.
    Wiatr zacinał ostro i nieprzyjemnie chlastał po twarzy, w dodatku Gjellerup miał wielką ochotę na kawę wypitą w miłym pomieszczeniu. Akurat szlajał się niedaleko dzielnicy mieszkaniowej Nørrebro, więc, jako że nie bardzo miał ochotę dzisiaj wędrować dalej, wemknął się do jednej z kamienic i zaczął wspinać się po schodach, spoglądając na drzwi, by spośród nich któreś wybrać. Różnorodności dużej nie było, wszystkie wydawały się być podobne, więc właściwie przypatrywanie się im było bezcelowe. Jednak w którymś momencie albo dostrzegł coś ciekawego, albo nie miał ochoty iść dalej w górę, bo zatrzymał się i podszedł do wejścia jednego z mieszkań.
    Zapukał, zadzwonił, nikt nie odpowiadał, nasłuchiwał chwilę, a kiedy nic nic nie usłyszał, stwierdził, że nikomu w środku nie ma. Nie zamierzał jednak zadzwonić pod kolejny numer, wolał poczekać. To postanowiwszy, usiadł pod drzwiami, położył koło siebie swój niewielki bagaż, o który się oparł i wyciągnął z kieszeni harmonijkę, na której zaczął wygrywać wesołą, skoczną melodyjkę.
    Po jakimś czasie — nie wiadomo jakim, przecież szczęśliwi czasu nie liczą, czyli Aage nie miał zegarka — na klatkę schodową przyszła jakaś kobieta. Gjellerup wywnioskował z jej miny, mowy ciała oraz strony, w którą zmierza, że leży przed drzwiami do jej mieszkania. Duńczyk więc przestał na chwilę grać, lekko się uśmiechnął i zapytał:
    — Masz ochotę zaprosić mnie na kawę?
    A potem znów przyłożył instrument do ust.

    ~ Aage Gjellerup

    OdpowiedzUsuń
  32. [Żyję, będę odpisywał najpewniej jutro. ;)]

    R. Smit

    OdpowiedzUsuń