...często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić - nieraz na zawsze.
Potłuczona laleczko z saskiej
porcelany. Uważaj, kiedy idziesz zatłoczonymi ulicami, nie przeciskaj się
tak zachłannie pomiędzy tymi wszystkimi hienami. Zatrzymaj się, zaczekaj
chwilę, odpocznij. Pozwól ranom zabliźnić się, zanim ruszysz po nowe wojenne
trofea. Wiem, że jesteś niecierpliwa, nie obchodzi cię, że szkodząc innym,
szkodzisz też sobie. Wiem, że tego chcesz, że to twoja obrona przed światem,
zepsutym i zgorzkniałym, ale tego właśnie od ciebie oczekują. Że poddasz się
jego chorym regułom i staniesz się tak samo zepsuta i zgorzkniała jak on. Ale
ty tego nie widzisz. Wmawiasz sobie, że to inni są ślepi, podczas gdy ty sama
błądzisz pośród nich po omacku. Nie widzisz, gubisz się w ciemnych, krętych
zakamarkach własnego umysłu, święcie przekonana o słuszności swoich racji. Więc
brniesz niewzruszenie naprzód, tłukąc się o wszystko, co na swej drodze
napotkasz. Rozpychasz się i obijasz o wszystkie te hieny zażarcie, nawet nie
zdając sobie sprawy, że z każdym kolejnym krokiem wyniszczasz się coraz
bardziej, gnijesz, giniesz, roztłukujesz się, rozpadasz na kawałki. Ślepo,
nieświadoma własnej klęski, nieświadoma niczego.
A gdy nadchodzi wreszcie ta
chwila, gdy znajdujesz ukojenie w jego ramionach, rozsypujesz się w
proch, tak bardzo potłuczona, że nie możesz już pozostać jedną całością,
porcelanowa laleczko. Rozsypujesz się w proch, tak delikatna, niemal nierealna,
a najlżejszy podmuch wiatru sprawia, że unosisz się w górę po to tylko, by w
mgnieniu oka brutalnie opaść z powrotem na ziemię, jak niezdrowe pióro ptaka
chorującego na grypę – nie może zostać z właścicielem, samo jednak nie ma
wpływu na swe dalsze losy, nie wzniesie się już wysoko, nie poleci. I tylko twe
szklane, puste oczy pozostają, wpatrując się w niego błagalnie, jakby
mógł ci pomóc, choć dobrze wiesz, że nie może. I tylko twoja łza w jego
dłoni – słona i paląca. Szczera.
Potłuczona laleczko z saskiej
porcelany. Uważaj. Kiedyś może nie udać ci się dotrzeć do niego na czas,
kiedyś możesz rozsypać się pośród tego oszalałego tłumu wokół. A wtedy nikt już
się nad tobą nie ulituje, nie poskleja cię w całość, nie pomoże. A wtedy już
każdy będzie się tylko cieszył twoją klęską.
Potłuczona laleczko z saskiej
porcelany. Uważaj. Bo chcesz żyć, ale żyć też trzeba umieć. Ty lepiej dalej
sobie bądź, lepiej udawaj, tobie nie dane jest życie. Po prostu bycie.
Potłuczona laleczko z saskiej
porcelany. Uważaj.
Potłuczona laleczko…
CORALIE HANSSVEEN
ur. 12 marca 1993; Kopenhaga, Dania
studentka grafiki, wieczorami kelnerka w niedużej, przyjemnej knajpce
półsierota o krwi duńsko-francuskiej, co trzy lata temu wróciła do kraju
Coralie ma dwadzieścia lat, jest porządnym człowiekiem i jeśli nie wtykać jej palca w oko, da się lubić. Ma własny sposób na życie i jego uparcie się trzyma. Nie uśmiecha się jak szatan ani jak przesadnie miłe, bezbronne dziewczę, za to jest boleśnie wręcz poprawna w kontaktach z innymi ludźmi, jeśli tylko może sobie na to pozwolić. Ton ma spokojny, spojrzenie umiarkowanie zaciekawione, minę raczej bez głębszego wyrazu. Śmieje się cicho, uprzejmie i niezobowiązująco rozmawia w ten sposób o pogodzie. Po piętnastu minutach pogawędki przeprasza grzecznie i odchodzi, tłumacząc się czymś mało istotnym. Więcej zazwyczaj nie wraca, jeśli tylko nie musi. To właśnie jej sposób. Sposób by przeżyć i mieć święty spokój. Czasami nie działa. Wtedy trzeba krzyczeć. A potem zamknąć się we własnym pokoju i narysować wszystko na bladym papierze.
Tam w górze Hłasko. Coralie nie jest życiową sierotą, gryźć też nie gryzie, ogólnie jest przyjemna w obyciu, tak jak jej autorka, dlatego zapraszamy. Tylko czasem trzeba stanąć nade mną z batem i smagnąć nim raz czy dwa, ale damy radę. Niebawem trochę więcej z historii.

[będziesz zaczynać]
OdpowiedzUsuńprzyszły Mikael
[Za zdjęcie plus, a za Hłaskę to nawet sto plusów masz :)
OdpowiedzUsuńZapraszam na wątek do Thomasa albo Lianne, gdzie wolisz.]
Thomas
[już mam wymyślone, cii, oglądajmy xd]
OdpowiedzUsuń[Zdjęcie przepiękne]
OdpowiedzUsuńFinn
[Ale warto było szukać :). Zawsze mogą razem smutać, tzn nie potrzebowaliby jakoś szczególnie rozmawiać, wystarczyłoby im piwo i po prostu jakieś pare słów, dla otuchy. Mogliby traktować się jak rodzeństwo czy coś]
OdpowiedzUsuńFinn
[Ok :D. To ten zaczniesz prosze? :)]
OdpowiedzUsuńFinn
[Spokojnie, poczekam :3. Nie no dobrze będzie]
OdpowiedzUsuńFinn
[Wszystkie trzy opcje wydają mi się na tyle dobre, że żadnej nie potrafię faworyzować i wybrać. Jednocześnie myślę, że można by jak najbardziej pomyśleć nad jakimś wcześniejszym powiązaniem - sama nie wpadłam na takowe bo Twoja Coralie dosyć tajemnicza jest. Jeśli ustalimy coś sensownego z przeszłości to można jakoś połączyć i wypośrodkować z tym co już mamy, na przykład opcją b) czy c).
OdpowiedzUsuńCo myślisz?]
Thomas
[O, zdjęcie powyżej miałam początkowo wykorzystać w karcie Freji! Tak czy siak witam serdecznie i zapraszam do wątku, tudzież jakiegoś fajnego powiązanka. Śliczne imię, Coralie <3]
OdpowiedzUsuńFreja
[Wszystko wyjdzie w praniu, jak zwykle :)
OdpowiedzUsuńPomysł mi się podoba i jakoś połączę to z tym co mamy. Także wieczorem spodziewaj się rozpoczęcia, o.]
Thomas
[ cześć :3]
OdpowiedzUsuńRose
[ suche powitanie, bo chęć na wątek owszem jest, ale kac zabił wenę :C
OdpowiedzUsuńniee, to raczej nie ja, raczej :D ]
Rose
[Skusił mnie Hłasko, ktoś kto cytuje Hłasko musi być wyśmienity. Poza tym karta jest naprawdę dobrze napisana. Wątek, wątek? Pomysł?]/Viktor
OdpowiedzUsuń[trzecia opcja najfajniejsza, zgadzam się! zresztą to zabawne, bo im obu nie zależy na nawiązywaniu jakichś szczególnie trwałych znajomości, wolą mieć święty spokój, a tu nagle okazuje się, że się do siebie przywiązały i bez siebie żyć nie mogą. Jednocześnie ciągle z błahych powodów dochodzi między nimi do kłótni i kilkudniowych fochów, kończących się robieniem babskiego wieczoru. I w ogóle to obie mogłyby zrobić kiedyś szmacianą laleczkę voodu byłego faceta Freji, którą potem przebijałyby szpileczkami :D
OdpowiedzUsuńOkoliczności spotkania? Wieczorem Freja chętnie wpadnie do pracy Hanssveen, żeby wyciągnąć dziewczynę na miasto(to ona pewnie będzie tą od zapewniania rozrywek), a potem się zobaczy w miarę rozwoju sytuacji(na razie mam pustkę w głowie). Ewentualnie napisz mi jeszcze jak ty to widzisz!]
Freja
[Aj tam, nie smutna tak bardzo. Tak trochę, troszeczkę. Ze zdjęciem problem miałam ogromny, bo tego nie byłam do końca pewna, ale lepszego znaleźć nie umiałam :c Smutek.
OdpowiedzUsuńŻe z pustymi rękoma to spoko. Spoko bardzo. Ważne, że powitałaś, bo zawsze to ja mogę coś w rączkach mieć. Bo robimy wątek jakiś, prawda?
A Coralie jest fajna bardzo. I imię ma też prześliczne c:]
Cecilie Lund
[ Mogłoby być tak, że spotkały się na przykład w jakiejś kawiarni, bądź parku, gdzie R. byłaby z psem. Nie poznałyby się z początku, jedynie jedna drugiej przypatrywałaby się uparcie,zastanawiając się skąd do cholery zna tą twarz? Któraś z nich wreszcie by podeszła, zapytała, a potem wpadłby sobie w ramiona, bo przecież byłaś moją najlepszą przyjaciółką z dzieciństwa. Potem jakoś by się to rozwinęło, prawda? Jak mam zacząć to zrobię to dopiero jutro. Dzisiaj naprawdę nie myślę]
OdpowiedzUsuńRose
[wiem, wiem, kocie <3]
OdpowiedzUsuń[Mi się przyjęło bardzo dobrze c: Nie trzeba się obawiać.
OdpowiedzUsuńW sumie nadal nie jestem pewna, co powinna studiować Cece, ale coś studiuje - to na pewno. Jakby tak ponaciągać, powyciągąć i w ogóle ciągać, to można by się uprzeć, że uniwersytet wysłał studentów na wymianę i dziewczyny pojechały czy poleciały (bo kto bogatemu zabroni) razem. Potem mogą się zgubić w nowym miejscu, nieco popanikować, trochę postraszyć nawzajem.]
Cecilie Lund
[Cześć, dzięki, a co jest w niej takiego przerażającego?]
OdpowiedzUsuń[O tym nie pomyślałam, ale masz rację. Rzeczywiście może to wydawać się przerażające, szczególnie kiedy porównam to z moim nieogarnięciem.]
OdpowiedzUsuńIzba przyjęć. Przytułek wielu niewypowiedzianych historii. Ktoś walczy o życie od chwili, gdy samochód wpadł w poślizg i dachował; ktoś na niego czeka w miejscu oddalonym o setki kilometrów. Jeszcze ktoś inny ląduje na izbie z powodu złamanej ręki, która rozpoczęła się całkiem niewinnie - kłótnią dwójki pozornie kochających się ludzi. Miejsce przepełnione bólem, który nie ograniczał się jedynie do fizyczności człowieka. Thomas zdawał sobie z tego sprawę i względnie lubił przebywać na izbie. Dawała ona mu poczucie niejakiej normalności i zwykłości; patrzył na ludzi i usiłował rozgryźć co kryje się za ich nerwowymi reakcjami, spojrzeniami pełnymi żalu bądź wstydu, gdy stawali twarzą w twarz z członkiem własnej rodziny. Pani z dawno niemodną trwałą na głowie nie wyniosła śmieci w dniu w którym dostała ataku. Te niewielkie przyziemności, którymi dzielili się pacjenci w chwili trafienia na izbę, dawały Thomasowi poczucie normalności. Były niczym policzek przypominający o życiu, którego on nie prowadził. Niemniej rzadko trafiał na izbę przyjęć. Był zbyt cenny dla swojego oddziału; w nagłych przypadkach nieobecności innego lekarza na obowiązującym go dyżurze zjeżdżał windą na parter, gdzie mieściła się izba bądź w chwilach, gdy potrzebowano szybkiej, neurologicznej diagnozy.
OdpowiedzUsuńBył wyraźnie znudzony. Niedzielne, jesienne popołudnie nie obfitowało w nic ekscytującego, gdy krążył po szpitalnych korytarzach, rzekomo odbębniając swoje zastępstwo na izbie przyjęć. Myślał o tym co zrobi w swój pierwszy, praktycznie wolny wieczór od którego rozpoczęcia dzieliły go niecałe dwie, trzy godziny. Myślał, nie dochodząc w żaden sposób do jakiegokolwiek konstruktywnego wniosku, gdy podbiegła doń jedna z pielęgniarek i spokojnym, rzeczowym tonem sformułowała najnowszy przypadek. Jedno zamknięte złamanie i kilka pomniejszych ran, mały chłopak, efekty zabawy z rówieśnikami. Poszedł za kobietą do sali przyjęć by tam napotkać delikwenta i...
No właśnie.
Od kilku do kilkudziesięciu sekund zajęło Thomasowi przyporządkowanie twarzy do konkretnego czasu w przeszłości, miejsca, pacjentki, przebiegu leczenia i jego efektów. Przypadki zapadające w pamięć miał głęboko zaszufladkowane w głowie i opatrzone odpowiednią etykietą. Stąd chwilowy grymas odzwierciedlający pracę trybików w głowie Thomasa; zmarszczenie brwi, lekko zmrużone, ciemne oczy. Coralie. Ładne, dźwięczne imię i charakter, które kilka lat wstecz znacznie go zaskoczył. Był wówczas młodym, rozpoczynającym swą praktykę lekarzem i więcej rzeczy wywierało na nim wrażenie niż w dniach dzisiejszych.
Ale nigdy nie było czasu na sentymentalizmy tego typu.
- Co jest, młody? - zwrócił się bezpośrednio do chłopaka, gestem ręki przywołując jakiegoś stażystę, znajdującego się w pobliżu. On dokonywał względnych oględzin pod okiem neurochirurga, który mógł sobie pogadać. Miła odmiana.
[Szału nie ma, przepraszam.]
Thomas
[Ale ja miałam nadzieję, że jak dam pomysł, to zaczniesz, bo ja w zaczynaniu dobra nie jestem nawet troszkę :<]
OdpowiedzUsuńCecilie Lund
Cała sprawa ponownego małżeństwa matki właściwie nie zaprzątała mu zbytnio głowy, jedynie potakiwał, gdy po raz kolejny dopytywała czy dobrze robi i zapewniał, że najważniejsze jest żeby była szczęśliwa, bo on przecież jest już dorosły, a Tara wystarczająco duża, żeby zrozumiała całą sytuację. Może i będzie jej ciężko zrozumieć czemu rodzice nie mogli znowu być razem skoro mama wcześniej nikogo nie miała, ale o to nie musieli się przecież martwić. Zawsze mogła przyjść do niego, bo bez względu na to jak bardzo próbował udawać, że włażenie Tary do jego łóżka gdy stara się usnąć i przytulanie się do niego jakby był jej prywatną przytulanką mu średnio pasuje, to ostatecznie musiał przyznać, że uwielbiał dziecinną siostrę, dla której największym dramatem było w tej chwili, że ma klasówkę z tabliczki mnożenia za kilka dni. Uroki dzieciństwa. Wracając jednak do sprawy dość tajemniczego ślubu (ich rodzice nie byli skłonni do zwierzeń, o wszystkim dowiedzieli się na miesiąc przed całą imprezą) to twierdził, że to idealne wyjście dla jego matki, aż do momentu nie dowiedział się, kto faktycznie będzie jego ojczymem i jak bardzo to komplikuje jego sytuację. A może jednak nie tyle komplikuje, co właściwie całkowicie eliminuje, pozostawia po sobie jedynie rozgoryczenie i żal, że wszystko musiało się skończyć tak szybko, tak nagle.
OdpowiedzUsuńMogła być z kimkolwiek, mogła związać się nawet z kimś z pracy, nie robiło mu żadnej różnicy jakie stanowisko piastował jej przyszły partner, byleby był dobry dla niej oraz Tary, ale nie mógł zrozumieć dlaczego musiała wybrać akurat ojca Coralie. Prawie tak, jakby w tym kraju nie było żadnych innych mężczyzn i to właśnie z rodziną Hanssveenów musieli się związać w tak dobitny sposób. Facet był co prawda świetny, można było z nim pogadać normalnie, nigdy nie dał mu odczuć, że dla niego jest tylko kolejnym gówniarzem, ale przecież matka nie musiała od razu za niego wychodzić. Przez pierwsze dwa tygodnie starał się ich wszystkich unikać, ale w porę zorientował się, że to nie miało najmniejszego sensu, bo zamiast dać mu spokój, budził tylko więcej podejrzeń. Pojawiał się więc normalnie na rodzinnych obiadach i udawał, że Jej nie widzi. Tylko, że to też nie działało, bo im dłużej wmawiał sobie, że już go nie interesuje, tym częściej zerkał w jej stronę i przypominał sobie jak wyglądały ich relacje zanim zaczął się ten cały cyrk ze ślubem i przybranym rodzeństwem. W niczym mu to nie pomagało, na pewno nie w tym, żeby trzymać się od niej jak najdalej.
Nie wychodziło ani wcześniej, ani teraz i wiedział, że na pewno nie wyjdzie przez najbliższe dwa, trzy tygodnie, gdy będą mieszkać pod jednym dachem, co wystawi na próbę nie tylko jego. W duchu cieszył się, że remont mieszkania wypadł mu akurat w tym czasie, bo przynajmniej miał pewność, że Coralie nigdzie nie ucieknie. Studia zobowiązywały do stałej obecności, a on mimo tego, że wiedział, że nie powinien, to chciał mieć ją blisko siebie. Była jego siostrą, on był tym najstarszym bratem, najlepiej rozumiał całą sytuację, jednak czasem nie miało to żadnego znaczenia. Zwłaszcza, gdy obładowany ciuchami dobijasz się do domu matki, a otwiera ci własna siostra w ręczniku. No, siostra jak siostra, krwi jednej nie mają, więc ostatecznie można mówić, że są sobie obcy..
- Wprowadzam się? - odpowiedział pytaniem na pytaniem, zjeżdżając wzrokiem po całej jej sylwetce. Tu i ówdzie spływały po skórze resztki wody, z włosów kapało odrobinę, ale przez to cały obrazek prezentował się jeszcze lepiej i Mikael szczerze żałował, że zaraz prawdopodobnie zostanie mu to odebrane i będzie musiał tygodnie jak nie lata czekać na powtórkę z rozrywki.
- Wiesz, Corli , mogłabyś mnie wpuścić. I tak musimy przyzwyczaić się do tego, chociaż jeśli będziesz bez przerwy chodzić przy mnie w ręczniku to gwarantuję ci, że oboje źle skończymy - uprzedził ją w miarę opanowanym tonem głosu, gdy już wciągnął do holu walizkę, a torbę ściągnął z ramienia i odstawił ja na ziemię. Zabrał tylko najpotrzebniejsze rzeczy, w końcu nie wprowadzał się tutaj na stałe.
UsuńUporawszy się z bagażami znowu na nią spojrzał i całym wysiłkiem woli zmusił się do pozostania w miejscu.
- Najchętniej bym cię przytulił, ale ty.... - Widział wszystko: drobne, bose stopy stojące na panelach, zabawnie powykrzywiane nogi, jakby nie mogła się zdecydować czy stać, czy uciekać, drżące lekko dłonie, którymi poprawiała tylko ręcznik na piersiach, wystające obojczyki, smukłą szyję, którą kied.. Westchnął ciężko i zrobił kilka kroków w kierunku kuchni. - Zaparzę kawę. Ubierz się, Corli. - Tylko on tak do niej mówił, wiedział o tym i po części specjalnie używał tego zdrobnienia. Przypominało mu o tym, co mieli zanim sprawy się pokomplikowały.
[Podoba mi się pierwsza opcja. Dziewczyna mogłaby być pewna, że spisuje jakieś wyimaginowane historie, że nie ma nic wspólnego ze swoją twórczością, a później oburzyć się, że w rzeczywistości jest głównym bohaterem każdego wiersza. Jak mu wygarnie, że jest pojebany też będzie dobrze, bo mu się należy. Zacznę jutro, dzisiaj nie dam już rady]/Viktor
OdpowiedzUsuńFreja zaczęła poniedziałkowy wieczór od wstania z łóżka. Choć jednak spać położyła się przepełniona optymizmem i podekscytowana tym, co ją czeka, teraz na nowo dotarła do niej surowa rzeczywistość i świadomość, jak trudna jest każda chwila. Po raz kolejny obudziła się w pustym łóżku w przepełnionym ciszą domu, ale jednak nastąpił mały przełom. Po raz pierwszy od dłuższego czasu sama z siebie chciała porzucić maraton przygłupawych komedii w telewizji na rzecz spędzenia wieczoru na mieście. Do tej pory średnio dbała o swój poziom rozrywki, mimo że w porównaniu do większości znajomych i tak radziła sobie z nim całkiem nieźle.
OdpowiedzUsuńNie zamierzała zostać w domu długo, chciała jedynie wziąć szybki prysznic i ubrać się - jak na przyzwoitego człowieka - przystało. W między czasie zastanawiała się, co robi Coralie. Pewnie pracuje, podszepnął cichy głosik w głowie. Nic bardziej mylnego, o tej porze jej młodsza przyjaciółka kelnerowała w najlepsze, lawirując pomiędzy stolikami i przyjmując napiwki od samotnych mężczyzn i miłych małżeństw. Gdyby pół roku wcześniej wszystko potoczyło się inaczej, Freja też byłaby dziś mężatką. Wyrzuciła te bzdurne myśli z mózgu i zaczęła obmyślać plan wyciągnięcia dziewczyny z sideł pracy. Oczywiste, że dzisiaj jej nie popuści. Była jedną nadzieją zdegenerowanego życia towarzyskiego Larson, jej jaśniejącym promyczkiem wśród miliona wypalonych świec.
Kiedy nareszcie dotarła do lokalu, nikt nawet nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Wizyta u Cor była dobrym posunięciem, ale też wymagającym wystarczającej siły perswazji, aby przekonać ją zrealizowania ważnego planu - czyli w tym wypadku - wyrwania się ze szponów szarej rzeczywistości. Powodzenia.
Wzrokiem odszukała burzę blond włosów, lecz nie zaatakowała od razu, wręcz przeciwnie, stanęła sobie w najmniej widocznym miejscu i kiedy Coralie przechodziła obok, złapała ją za ramię, dając subtelny znak o swojej obecności. Według grafiku Hanssveen kończyła pracę za piętnaście minut.
- Wpadłam zobaczyć, jak się miewasz - zakomunikowała niewinnie, posyłając przyjaciółce uśmieszek w stylu: proszę, nie bij.
[Słabe mi to wyszło, przepraszam, następnym razem będzie lepiej :)]
Freja
[Witaj ofiaro stalkingu. :>
OdpowiedzUsuńWybaczam. Jestem Ci to winien za tamtego e-maila. :D
Wiszę Ci wątek?]
R. Smit
Gdzie ja jestem?, to pierwsze pytanie, które nawiedza Viktora, kiedy odzyskuje przytomność. Boli go kręgosłup, stopy i głowa, przy czym tę ostatnią atakuje stado wściekłych os, gnieżdżących się pod czaszką. Przesuwa po niej opuszkami palców i oprócz guza, natrafia na splątane włosy. Krwawi bądź raczej krwawił, teraz pozostaje mu tylko zaschnięta posoka. Nie oznacza to nic dobrego, szczególnie, że nie jest w stanie przypomnieć sobie skąd wzięły się u niego rany. Krzywi się, podnosząc z ziemi i z ulgą zauważa, że miejsce spoczynku jest mu znane. Jego mieszkanie wygląda jak po przejściu tornada i on wie, że on był tym tornadem, że poruszył niebo i ziemię, by w końcu wylądować pod stołem, nieprzytomny. Nie dostaje nawet kilku dodatkowych sekund, by oszacować straty, bo żołądek daje o sobie znać i zmusza, bo by pędem podniósł się z ziemi. Po drodze zahacza o przewrócony stolik na kawę, by w końcu wylądować na kolanach w łazience. W ostatniej chwili udaje mu się unieść klapę sedesową. Wymiotuje długo. Szczypie go gardło, bolą zęby, czuje w ustach żółć, w toalecie widzi jedzenie (choć nie pamięta, by jadł cokolwiek), kawałki własnego żołądka i krew. To nie jest dobry znak, ale ukazuje mu się od co najmniej dwóch lat, więc nie jest zaskoczeniem. Wciąż jednak trudno przywyknąć do obserwacji własnych narządów wewnętrznych, pływających wraz z kwasami żołądkowymi i całym gównem, którym się faszeruje. Przez chwilę jest mu wstyd, że doprowadził się do takiego stanu, ale przechodzi mu szybko, o wiele szybciej niż wiotkość mięśni, która nie pozwala podnieść się z ziemi przez pól godziny. Kiedy udaje mu się – z pomocą wszelkich łazienkowych udogodnień – stanąć na nogi, podchodzi do lustra i nie patrząc w swoje odbicie, łapie za szczoteczkę do zębów. Próbuje wypłukać z jamy ustnej gorzko-kwaśny posmak, a gdy połowicznie osiąga cel, uznaje to za sukces. Chwiejnym krokiem opuszcza łazienkę i nie obrzucając mieszkania nawet pojedynczym spojrzeniem, opuszcza je. Nie wie dlaczego to robi ani gdzie idzie, nie wie też co go podkusiło do tego, by w jesień wędrować ulicami Kopenhagi bez kurtki. Wstrętna pogoda i jeszcze wstrętniejsze, słabe, ludzkie ciało uniemożliwiają mu myślenie, jest to jedyny plus spaceru. Nie wie, która godzina. Czy to wieczór, czy może wręcz przeciwnie, poranek? Mało go to interesuje, skoro w obu przypadkach drży jak oszalały. Decyduje się przystanąć dopiero w parku. Bolą go nogi i jest zbyt zmęczony, żeby ruszyć dalej, więc opada na jedną z mokrych ławek i oddycha ciężko, próbując na nowo zebrać siły. Ludzie, którzy go mijają, dają wrażenie zniesmaczonych. To nie jest nowość. Gdy decyduje się wyjść poza swoje cztery ściany, nigdy nie wzbudza innych reakcji. To, czy jest to zasługa szarej, zakrwawionej twarzy, czy może tak niestosownego ubioru nie ma większego znaczenia. Chce to zapamiętać, a następnie spisać, szczegółowo ukazując ludzką pogardę skierowaną w jego stronę. Zasługuje na to. Na każde krzywe spojrzenie. Prychnięcie. Oburzenie.
OdpowiedzUsuń[Czuję się paskudnie, zrzucając na Ciebie takie gówno]/Viktor
[Ohh.. Ja pierwszy raz takie zdjęcie w ogóle wykorzystałam bo mimo wszystko mi tak jakoś pasowało. I moge obiecać, że Maeva w wątku będzie ładnie i przyzwoicie ubrana. :D]
OdpowiedzUsuńMaeva
Igrała z ogniem. Przebywanie z nią w jednym pomieszczeniu i zachowywanie się jakby nigdy nie łączyło ich nic więcej już samo w sobie było trudne, więc w momencie, gdy stała przed nim tylko w ręczniku, a on był doskonale świadomy tego, co kryje się pod tym ręcznikiem, było męczarnią. Głównie dla niego, ale jej pewnie też nie było komfortowo, gdy skanował wzrokiem jej ciało, gdy tak naprawdę czekał tylko na odsłonięcie przez opadający ręcznik większego fragmentu nagiej skóry. To nie było ani trochę właściwe, pewnie że nie, ale ciężko było pamiętać, że teraz już mu nie wolno tego robić. To tak jakby zdrowej osobie nagle odebrać wzrok. Oczywiste jest, że będzie on tęsknić za wszystkim, czego teraz nie może już zobaczyć i Mikael był na tej samej, straconej pozycji. Będzie tęsknił, bo wiedział, co stracił przez ślub matki.
OdpowiedzUsuńMoże gdyby nie te tygodnie, które spędzili jako para, może gdyby nie dogadywali się wtedy tak dobrze, to łatwiej byłoby mu się od tego oderwać, ale niestety tak nie było. Pamiętał te wszystkie spontaniczne gesty, te pocałunki rano, gdy zostawała akurat na noc w jego mieszkaniu, to drażnienie jej, gdy robiła im śniadanie, a on miał ogromną ochotę pocałować ją w szyję lub ugryźć lekko w obojczyk. Wtedy była cała jego. Z własnej woli była z nim, a teraz.. Teraz nie mogli być przez głupie konwenanse. Bo są teoretycznie rodzeństwem, więc to nie wypada. Bo rodzice mieliby sporo do powiedzenia na ten temat. Bo… Właściwie byli dorośli, mogli robić co chcą i Mikael zamierzał uświadomić o tym Coralie. Nie zrezygnował z niej, jeszcze nie.
- Coralie, ja nie żartowałem z tym ubieraniem się - przestrzegł ją, nie ruszając się jednak z miejsca, żeby nie przesadzić. Jeszcze nie teraz, chociaż po głosie słychać było, że jest mu ciężko tak po prostu stać przed nią i tylko patrzeć. Co z tego, że umawiał się z innymi skoro ostatecznie kończył w nocy na myśleniu o niej? Miał dwadzieścia cztery lata, a zachowywał się jak zwykły szczeniak, który pierwszy raz się zakochał i nie wie co zrobić. Prawdę mówiąc pierwszy raz zakochał się tak, że chciał o nią walczyć na przekór światu.
- Mam remont w mieszkaniu i informowałem swoją matkę, wystarczająco satysfakcjonująca odpowiedź? - zapytał, zakładając ręce na torsie i nie przerywając z nią kontaktu wzrokowego. - A teraz poważnie, mała. Albo idziesz sama na górę w ciągu pięciu sekund, albo pójdę tam z tobą. - Uniósł wymownie brew, dając jej wybór, którego właściwie nie mieli, bo to rodzice wybrali za nich. Mimo wszystko nie zamierzał jej odpuścić, dlatego.. - Raz... Dwa… Trzy… - zaczął odliczać i zrobił mały krok w jej kierunku, co w końcu podziałało, bo Coralie zrobiła dwa kroki wstecz i szybko pobiegła na górę, na co Mikael odetchnął z ulgą.
- Dzięki Bogu - mruknął pod nosem zanim ostatecznie odwrócił się na pięcie i poszedł do kuchni zrobić dla nich herbaty. A właściwie to dla niej herbaty, a dla niego mocną kawę, bo będzie mu potrzebna, żeby opanować nerwy. Najbliższe dwa czy trzy tygodnie na pewno będą ciężkie, ale i tak nie żałował. Chciał być blisko niej, choćby w taki sposób.
[Żyję. Po prostu trudno mieć nowe odpisy, jak nikt mi nie odpisuje.]/Viktor
OdpowiedzUsuń