29 lat na karku, pięcioletni James nadzieją narodu.
Woland jego pomocnikiem, a dzielna Lovi bawi się w rezydenturę na oddziale psychiatrii.
Święty Mikołaju, czy w Laponii także sprzedają czekoladki z Twoim wizerunkiem od początku listopada? James kazał mi się o to spytać. Lista jego prezentów jest tak długa, że na kartce nie zmieściło się nic więcej oprócz nazw zabawek. Kopertę obklejoną kilkunastoma znaczkami wysłał do Ciebie parę dni temu. Nie przekonuje go to, że do Świąt pozostał ponad miesiąc. Głuptas boi się, że przydzieliłeś już dzieciakom najlepsze zabawki, a on znajdzie pod choinką piżamę z Barbie. Wszyscy wiemy, że w przyszłości będzie chciał zostać Kenem, ale na uświadamianie go jest chyba za wcześnie. Zostałam zmuszona do pisania tego listu. Bycie matką zobowiązuje, ale jeśli mam być szczera to nigdy nie przestałam w Ciebie wierzyć. Tylko nie mów tego nikomu. Twarde kobiety nie wierzą w Mikołaja, nie czekają na miłość i nie płaczą wieczorami w poduszkę. Ja jestem twarda, prawda? Sama go urodziłam, sama go wychowałam i nie potrzebny mi żaden facet. Tylko tak cholernie boje się, że mały zacznie wypytywać o ojca. Co mam mu odpowiedzieć? Mamusia była zbyt pijana, aby go pamiętać? Po co nam facet, Mikołaju? Przecież potrafię prowadzić samochód. Płacę terminowo rachunki, w każdą niedzielę gram z Jamesem w piłkę nożną i uczę go na pamięć hymnu Real Madrytu. Nie marudzę, kiedy wraca z poobijanymi kolanami. Nie krzyczę, kiedy stłucze wazon. Naprawdę staram się nie przypalać ciasteczek, a na ostatnie walentynki dostałam kartkę od jego kolegów z przedszkola. Tylko co stanie się, kiedy matczyny uścisk przestanie mu wystarczać? Żadna matka nie jest na to przygotowana. Bajki opowiadane na dobranoc przerodzą się w ciągłe kłótnie. Z jego pokoju zniknie sterta misi, a w skarpetce znajdę paczkę prezerwatyw. Przyprowadzi do domu dziewczynę, której z pewnością nie polubię. Będę zmuszona rozwozić po domach jego pijanych kolegów, a kiedy wrócę z weekendu poza miastem, w miejscu naszego mieszkania znajdę pobojowisko. Byleby nie wysadził w powietrze kamienicy. Zacznę leczyć nastoletnich chłopców, którzy uczęszczali z nim do szkoły, a w ostateczności i jego. Alkohol, papierosy, narkotyki. Odwyk. Uchroń mnie przed dorastaniem, Mikołaju. Niech zawsze zostanie moim małym chłopcem. Niezdarnie myjącym brudne naczynia, krzywo kolorującym Twoją podobiznę. Łamiącym moje papierosy i wylewającym poranną kawę do zlewu. Czy jestem przez to złą matką? Zaczynam się starzeć, Mikołaju. W przyszłym roku skończę trzydzieści lat i zdecydowanie mi się to nie podoba. On tego nie dostrzeże. Nie rzuci kąśliwej uwagi o kilku kilogramach więcej. Nie schowa przede mną kolejnej tabliczki mlecznej czekolady. Nie zostawi mnie, kiedy wezmę dodatkowy dyżur w szpitalu. Jego nie obchodzi pojawiający się cellulit na moich udach. Pozwoli mi oglądać po raz tysięczny Dziennik Bridget Jones i zadowoli się telewizorem we własnym pokoju. Jestem jego mamą. Najpiękniejszą i najlepszą na świecie. Nie muszę udowadniać mu, że potrafię przebiec kilometr bez zadyszki. Nie muszę chodzić do kosmetyczki co piątek, aby zasłużyć na jego miłość. Ona po prostu jest. Ja i James, Mikołaju. Nie poproszę Cię o nowy wibrator, ani zestaw sztućców. Książki są zbyt banalnym prezentem, a oglądanie filmów zabiera mi zbyt wiele czasu. Miło byłoby dostać dobry seks. Nawet my, kobiety mamy czasem własne potrzeby. Mimo to, poproszę Cię o coś zupełnie innego. Przynieś mu wszystkie prezenty, o które poprosi. Zawsze to rób. Spełniaj jego marzenia. Podszepnij Zębowej Wróżce, aby nie musiał nigdy nosić aparatu ortodontycznego. Niech Jack Frost da mu ulepić w tym roku dziesiątki bałwanów. Kupidyn wybierze dla niego najcudowniejszą żonę z możliwych, a Ojciec Czas pozwoli przeżyć całe życie i uczyni je najlepszym z możliwych. Wesołych Świąt, Mikołaju.
LOVI * (NIE)LUBIANI *
Wszyscy kochamy Świętego Mikołaja.
Męska postać do oddania.
Męska postać do oddania.

[Jeju, pamiętam dziewczę na zdjęciu z Mean Girls, od razu mi się skojarzyła tak... cóż, mimo wszystko, miło. :D
OdpowiedzUsuńCześć, bardzo ładna karta.]
Christian
[Ja się przyszłam przywitać bo Cię znam, ha! <3]
OdpowiedzUsuńLianne, której karty jeszcze nie ma
[Karta cudowna. Zdjęcie i postać również <3]
OdpowiedzUsuńSimone
[ uwielbiam kartę. zauroczyło mnie pierwsze zdanie, nie wiem dlaczego. oddaj mi je. i synka też]
OdpowiedzUsuńRose
[Kartę przeczytałam i bardzo mi się spodobała. Świetna postać, realna :)]
OdpowiedzUsuńFreja
[Jaki ten świat jest mały, ha! <3 Też jej zazdroszczę, fuksiara, nie?
OdpowiedzUsuńLianne to w ogóle pierwszy raz powstała na starej Kopenhadze, a od tego później stworzyłam cały klan, łącznie z naszym nieszczęsnym Gaelem.
Btw, mam zaproszenie na bloga na drugiego mejla i myślę co Ty masz tu za męską postać do oddania ;>]
Lianne
[Bardzo makabryczne podejście, chyba muszę zmodyfikować tą cześć, żeby było wiadomo, że poroniła właśnie spadając ze sceny. Witam, witam!]
OdpowiedzUsuńVivi
[Ze względu na te dramaty przejęłabym właśnie, wiesz jak je uwielbiam <3
OdpowiedzUsuńAle ja tworzę tylko złych, wypaczonych facetów - to też wiesz. Musiałby być zły, nooo.]
Lianne
[Na pewno będzie, bo Freja to człowiek z pasją! :D I w ogóle Freja kocha wszystkie dzieci, więc najpewniej Jamesa też kocha i chciałaby być dla niego przyszywaną ciocią, o.]
OdpowiedzUsuńFreja
[Ja to w ogóle zamierzałam stworzyć faceta, który ma dziecko, ale w ogóle go nie uznaje. Takiego skończonego idiotę.
OdpowiedzUsuńPodeślij mi jakieś większe info na carycaaa@gmail.com ;]
Lianne
[Dziękuję ;3 a ja powiem, że fajny pomysł na kartę, taki nietypowy ten list. I lubię dzieciaki, więc Jamesa, który wygląda jak syn mojej kuzynki też polubimy z Ainą ;> w sumie.. Bastian jest w jej wieku, może oni się znali na studiach i któregoś razu przedstawił jej swoją młodszą siostrę, bo uznał, że Aine też może wyjść na piwo z nim i jego znajomymi? Ogółem Bastian bardziej jest za Ainą, tłumaczy jej że nie musi wiecznie być na zawołanie Sol i jej połamanych kości albo osłabionego organizmu. No i.. rozumiem, że się polubią, tak? ;3]
OdpowiedzUsuńAina
[Ciotka Freja wydaje fortunę na słodycze, więc może się z dzieckiem podzielić, a w zabawach to już w ogóle bywa nieoceniona! Och, mam tylko pytanie! Możesz zacząć wątek czy nie? Będzie to dla Ciebie duży problem? Bo ja już mam tyle zaległych, że nie wiem czy się do jutra odkopie! :)]
OdpowiedzUsuńFreja
[Chodź na wątek zatem, była żono <3]
OdpowiedzUsuńRyan
*Thomas, a nie Ryan, olaboga
Usuń[Wszystko pasuje, ale.. Bardzo będę zła jak naciągnę na zaczęcie? Bo mam już trzy,którymi muszę się zaraz zająć i kartę kolejną napisać, więc może mi zejść do jutra z kolejnym zaczęciem..]
OdpowiedzUsuńAina
[Ty to jesteś! Niby zlasowany mózg, a pomysł całkiem sensowny, kochanie.
OdpowiedzUsuńI co? To pewnie ja mam rozpoczynać? Jakie okoliczności? Przyjdzie do niego, szpital czy czo?]
Thomas
[Niestety jej baldachim jest trochę dziurawy przez kota, teraz może oglądać przez dziury spacery pająków i kolorowe plamy!]
OdpowiedzUsuń[Ojej, w takim razie dziękuję bardzo i spokojnie, mogę czekać, i tak mam co robić ;>]
OdpowiedzUsuńAina
[Dobra, rozpoczynam z biegu bo potem mogą być z tym tylko problemy, amen.]
OdpowiedzUsuńSkończył się dwunastogodzinny dyżur i Thomas Zachrisson nie mógł w to uwierzyć, jak w wiele innych rzeczy na tym padole nieszczęścia i łez, jakim był świat. Wcześniej skończył pracę przy operacji, która trwała niecałe pięć godzin. Pomiędzy tymi zajęciami miał jedynie godzinną przerwę. Zdążył wyjść ze szpitala i skrzywić twarz na widok gęsto zachmurzonego nieba. Czy wymagał tak wiele? Odrobiny słońca? Chuj go interesował fakt, że mieszka w takiej, a nie innej strefie klimatycznej i to, że panowała cholerna jesień. Nie lato czy nawet wiosna. Jesień. Thomas nie chciał myśleć, że jest na tyle oderwany od rzeczywistości by nie wiedzieć jaka pora roku króluje za oknem. Nie chciał i nie myślał.
Godzinną przerwę spędził więc na przypaleniu kilku papierosów w małej knajpie w pobliżu szpitala i wypiciu dwóch kaw, które doprawił ultra słodkim koktajlem czekoladowym. Tylko przez krótką chwilę zastanowił się ile czasu zajmie powstawanie zatoru żył przy diecie, którą prowadził, a właściwie przy jej braku. Pomyślał i zapomniał. Typowe. Następnie wrócił do szpitala i odbębnił dyżur. Kilkanaście godzin spędził snując się po szpitalnych korytarzach, zaglądając od czasu do czasu do sal pacjentów i prawie cierpliwie odpowiadając na pytania, które ich nurtowały. Czasami dobrze czuł się ze świadomością faktu, że udzielane przez niego informacje były powodem ich uśmiechu, niewielkich gestów takich jak poprawienie się na łóżku. Owa chwila słabości zaprawiona sentymentalizmem trwała u doktora Zachrissona nanosekundy. Może mniej.
Był to spokojny dzień na oddziale neurochirurgii, a gdy się wreszcie zakończył wielogodzinnym dyżurem, Thomas czuł jakby i on się skończył. Było to ohydne, przerażające uczucie przytłaczającego zmęczenia i jednoczesnej pustki, której niczym nie dało się wypełnić. Pragnął jednocześnie wyjść ze szpitala i w nim pozostać. Wreszcie podjął decyzję.
Zjechał na parking i postanowił pojechać na basen. Przepłynął kilka długości, a następnie przez długi czas stał bezsensownie pod prysznicem. Gdy w końcu dotarł do domu na zewnątrz było już zupełnie ciemno. Rzucił sportową torbę (lubił udawać przed sobą, że faktycznie prowadzi zdrowy tryb życia) na posadzkę w przedpokoju i dopiero po chwili się zorientował, że coś jest nie w porządku.
Cholera jasna. W tym mieszkaniu nigdy nie pachniało jedzeniem bo i nikt w nim nie gotował. W tym mieszkaniu nigdy nie dało się wyczuć jakiejkolwiek namiastki pozytywnej energii, którą teraz Thomas dostał po ryju. Chciał tylko wiedzieć co się właściwie działo chociaż już miewał pewne przypuszczenia, które narastały wraz z każdym krokiem w kierunku kuchni.
[Nie jest tak jakbym chciała ;c]
Thomas
Za każdym razem kończyło się tak samo. To była tylko kwestia czasu aż znowu dostanie taki telefon i nikt nie da jej wyboru albo chociaż nie spyta czy na pewno ma ochotę znowu jechać do szpitala. Solaine obiecywała i zapewniała: że to się więcej nie powtórzy, że tym razem będzie ostrożna i nie dopuści do sytuacji, w której będzie potrzebować krwi, że zwolni ze swoim życiem, że pozwoli jej normalnie funkcjonować. Prawda była jednak taka, że ona prawdopodobnie nigdy nie będzie mogła mieć czegoś, co chociaż w połowie można by nazwać normalnym życiem. Zawsze będzie musiała czekać na te niechciane telefony i zawsze będzie musiała reagować na nie w taki sam sposób.
OdpowiedzUsuńPrzyzwyczaiła się. To chyba była najlepsza odpowiedź na pytanie "dlaczego nie powiesz 'nie'?". Po prawie dwudziestu pięciu latach łatwo było się przyzwyczaić, że istnieje się tylko dlatego, że Brian nie nadawał się na dawcę dla Sol. Musieli spłodzić kolejne dziecko i dlatego pojawiła się na świecie. Wielokrotnie już to słyszała i nawet właściwie ją to nie dziwiło. Od małego była stawiana z boku. Rodzice chcieli mieć syna i córkę, mieli ich, a ona... Ona była jedynie zbędnym dodatkiem. Kimś, kogo uczucia się nie liczyły, kto miał jedynie istnieć i ratować ich ukochaną córkę. Córkę, która zawsze bardziej zasługiwała na pochwały, causy na dobranoc czy na spełnianie każdej zachcianki. Aina była potrzebna jedynie do jednego celu: do jak najdłuższego utrzymania przy życiu Solaine. Jeśli kiedyś jej krew nie wystarczy, to będzie to jej wina i rodzice nigdy jej nie wybaczą. Krew. Krew była właściwie najważniejsza, najbardziej potrzebna. Krew była Ainą, przynajmniej dla jej rodziców. Oni nie widzieli w niej nic oprócz banku krwi, którym była od wielu lat.
Nie lubiła jednak o tym rozmawiać nawet z Bastianem, a co tu mówić o kimś zupełnie obcym. Lovi mogła być jego dobrą znajomą, mogło im się lekko gadać, gdy w trójkę popijali piwo w jakimś pubie, ale nie oznaczało to od razu, że chce być wciskana w spotkania z nią. Jej brat potrafił być uparty jeśli chodziło o sprawy związane z ich niereformowalną Sol, lubił robić coś za ich plecami i tak też teraz było. O niczym nie wspomniał aż do dzisiejszego poranku, gdy jadła z nim śniadaniem i uznał, że "zapomniał" jej wspomnieć, że Lovisa chce się z nią spotkać wieczorem. Zgromiła go tylko wzrokiem, a wtedy on puścił swoją litanię, że też musi się czasem zabawić i nie jest przykuta do kanapy w salonie żadnym łańcuchem, że on nie chce aby się ograniczała.. Odpuściła. Nie chciała się kłócić. Dlatego przyszła do baru i odszukała wzrokiem kobietę, do której podeszła, zdejmując w międzyczasie czapkę oraz szalik.
- Cześć - powiedziała już wyluzowana, nie musiała wyżywać się przecież na Lovisie, w końcu to nie ona była problemem, ale jej stuknięte rodzeństwo. Aina usiadła obok i przywołała kelnera, u którego zamówiła sobie drinka. - Mam nadzieję, że Bastian oprócz narzucenia nam z góry spotkania nie pofatygował się też o wybór tematu? Bo jeśli tak, to chyba wyrzucę go w końcu z tego mieszkania.
Co z tego, że była najmłodsza i miała najmniej do gadania? W końcu przecież by się zbuntowała, a każdy przecież właśnie tego od niej oczekiwał.
[było dobrze ;)]
Aina
Zatem on nie był prawdziwy.
OdpowiedzUsuńNie robił prawdziwych rzeczy jak Lovisa i nie wiódł prawdziwego życia. Nie spacerował i nie oglądał telewizji (zasypianie przy kanałach informacyjnych się nie liczyło), nie wychodził na miasto by przy piwie porozmawiać z jakimikolwiek ludźmi, mało czytał, nie oglądał filmów i nie chciał nic zmieniać w swoim życiu i sobie samym. Przywykł, że bycie lekarzem wysysa z niego wszystkie chęci, łącznie z tymi do udawania przed sobą samym, że ż y j e. Po prostu.
To było śmieszne. Zawód lekarza był śmieszny. W zależności od specjalizacji człowiek podpisywał cyrograf skazując się na banicję z życia towarzyskiego i z wszystkiego w ogóle.
Nie robił prawdziwych rzeczy więc i nie żył naprawdę.
Oprócz tych rzadkich momentów, gdy do jego życia dziarskim krokiem wkraczała Lovisa, często zupełnie wbrew woli Thomasa. Doceniał jej usilne próby ratowania go w każdy możliwy sposób, łącznie z karmieniem, ale nie rozumiał czemu to robiła i czemu, u licha, miałoby to służyć? Skoro on sam wszystko niweczył w tak szybkim czasie, a Lovisa to widziała... Po co? Po prostu po co?
To i inne pytania cisnęły mu się na usta, gdy stanął w progu kuchni, wzrokiem obejmując dosyć zaskakujący obrazek. Lovisa roztańczona, z drewnianą łyżką w dłoni, na środku kuchni. Thomas poczuł jak jego twarz minimalnie rozluźnia się i pojawia się na niej niejaki, niewidoczny niemalże uśmiech.
- Wspaniały występ - zauważył wreszcie, jeszcze zanim zdążyła zorientować się o jego obecności - Jesteś prawdziwym światłem mego życia, L.
Powiódł wzrokiem po kuchni. Jedzenie. Jedzenie i Lovisa. Elementy prawdy w jego nieprawdziwej egzystencji. Pięknie.
Thomas
[Cóż, wiersze uwydatniały jej wady, chciałabyś być takim natchnieniem? :D i dzięki, mnie się ten gif też bardzo podoba.]
OdpowiedzUsuńJacob
[Rachel na zdjęciu, pomysł na kartę i wykonanie. Wyszło świetnie. ;)]
OdpowiedzUsuńR. Smit
[ Zauroczona kartą, przybywam. I mam nadzieję, że uda nam się wymyślić jakiś wątek ;) ]
OdpowiedzUsuńGeorge
Skoro każdy wiedział na czym polega jego własne szczęście to dlaczego nie pozwalano się ludziom w tym realizować? Może on właśnie lubił to, że nie ma nikogo obok siebie - zero trucia; zdejmij te nogi ze stołu Thomas, porysowałeś blat jak się spiłeś ostatnim razem, dlaczego znowu nie odbierasz, czekałam trzy godziny, mieliśmy jechać do Twoich rodziców. Może szczerze wielbił swoją pracę i dlatego oddawał się jej w zupełności, kawałek po kawałeczku? Może kochał to poczucie adrenaliny, które dawała mu szybka, ryzykowna jazda na motorze, mówiąca, że w każdej chwili może się rozjebać? Może to właśnie było jego własna radość, szczęście i przekleństwo. Miotał się, gdy ktoś twierdził inaczej. Bo przecież może on właśnie lubił się oszukiwać?
OdpowiedzUsuńLovisa się nie poddawała. To w niej lubił Thomas. Przejawiała konsekwencję we wszystkim co robiła, a przynajmniej sprawiała takie wrażenie. Pewnie dlatego przymykał oko na to, że ładowała się w jego życie ze swym oświeceniowym planem, którego wykonanie on skutecznie utrudniał.
- Zostawiłem klucz pod wycieraczką specjalnie dla Ciebie - oznajmił, podchodząc do kuchennego blatu by chociaż rzucić okiem co tak pilnie przygotowała i co tak przyjemnie pachniało - Po to abyś mogła się alkoholizować pod moją nieobecność. Mam nadzieję, że przynajmniej Jamesa nie wzięłaś ze sobą - dodał z tak kiepsko zagranym oburzeniem, że było to aż śmieszne. A ile go kosztowało, hoho.
Thomas
[Wygląda jakby ludzie pouciekali.. Odpisać?]
OdpowiedzUsuńAina