sobota, 9 listopada 2013

Tides.


Jest tylko praca. Odpowiedzialna, ciężka i wymagająca posiadania grubej skóry. Nie uśmiechasz się do pacjentów i nie zapewniasz ich, że będzie dobrze, gdy szanse są nikłe. Jesteś realistą, ale oni mają szczęście. Jesteś również perfekcjonistą. Zrobisz wszystko co jest w Twojej mocy. Czyli bardzo wiele. 
Jest tylko praca. Nie ma wczesnych powrotów do domu, który i tak świeci pustkami. Nie ma dziewczyny, żony bądź narzeczonej, które ze zmartwieniem roztkliwiałyby się nad Tobą, że jesteś przemęczony i dzisiaj znowu zjadłeś tylko masło orzechowe. Są za to przelotne znajomości, które kończą się, gdy przestajesz odbierać telefony. Nie ma nawet psa - zapewne zdechłby z głodu. 
Jest tylko praca. Nie ma litości, bogów czy innej opatrzności, które kierowałyby Twoimi rękoma na sali operacyjnej. Nie ma czasu na zastanawianie się nad życiowymi wyborami, na powroty do przeszłości, na sen i na dostrzeganie piękna. 


Chuj, nie ma nawet Ciebie. Jest tylko praca.  


Twarz wiecznego nastolatka i stąd brak zaufania ze strony pacjentów. Później dziękują, zalewają się łzami i robią z siebie szmaty na jego oczach. 
Motor i szybka jazda, igranie ze śmiercią od zawsze we krwi. Na razie same wygrane. 
Była narzeczona z czasów studenckich i rezydentury, której nie chce widzieć na oczy bo i po co ona ma patrzeć na jego zmarnowaną twarz.
Papierosy. Kawa. 
Syn pioniera współczesnej chirurgii plastycznej i pani ginekolog. 
Ponoć talent w dziedzinie neurochirurgii.
17 stycznia 1977, Kopenhaga 
Thomas Zachrisson  





[Jesteśmy tutaj, a byliśmy gdzieś indziej. 
Ciężka postać, ale całkiem miła w obyciu. Polecam.]

42 komentarze:

  1. [Thomas <3.Jak ja lubię to imię.
    Niby nowa, ale mimo wszystko witam na blogu. A na osłodzenie nam życia dodam, że Thomas mógł się kiedyś zajmować beznadziejnym przypadkiem Solaine jak kiedyś oprócz połamania nóg i potrzebowania nerki musiała mieć też inne operacje. Ale nic innego mi już do głowy nie przychodzi.]
    Aina

    OdpowiedzUsuń
  2. [Cudowne zdjęcie i jeszcze cudowniejsza postać, witam serdecznie!]

    Lovisa

    OdpowiedzUsuń
  3. [Męska postać starsza od mojej, a to ciekawostka przyrodnicza! Witam serdecznie w gronie autorów, niech Ci się wątki lawiną sypią!]

    Sabine

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dzień dobry wieczór :) Ciekawy pan i fakt, wygląda dużo młodziej :) Jest chęć i ewentualnie jakiś pomysł na wątek?]

    Villemo

    OdpowiedzUsuń
  5. [Oh no.. Nie wiem? Postaram się po tym jak film obejrzę. ;>]
    Aina

    OdpowiedzUsuń
  6. [Mam zlasowany mózg przez czytanie cały dzień Pana Tadeusza, ale bardzo chcę wątku. Myślę, że mogą się znać, nie uważasz? Psychiatrzy to w końcu też lekarze. Co ty na to, żeby poznali się, kiedy Lovi była stażystką w szpitalu, w którym pracuje Thomas? Polubił ją z jakiegoś niewiadomego powodu i tak już zostało. Kilka razy wylądowali razem w łóżku, ale nic poza tym, bo przecież są dorosłymi ludźmi, a poważne związki są fe. Lo mimo wszystko się o niego martwi, bo wie, że praca go wykańcza i nie ma na nic czasu. Czasem zjawi się u niego późnym wieczorem, z cieplutkim, domowym obiadem. Podstępem wyciągnie go ze szpitala, udając, że Jamesowi się coś stało i musi natychmiast do niej przyjechać. Jego prawie przyjaciółka, która stara się sprawić, aby normalnie funkcjonował]

    Lovisa

    OdpowiedzUsuń
  7. [Spadaj, to żyjący człowiek! Ona ma uczucia!]

    OdpowiedzUsuń
  8. [TO JEST CZŁOWIEK, A NIE STOWARZYSZENIE. STOWARZYSZENIE NIE MA NAZWISKA, NIE STUDIUJE I SIĘ NIE RODZI. :D]

    OdpowiedzUsuń
  9. [Jesteś taka kochana i dobra, że naprawdę bym się nie obraziła za zaczęcie <3 widzisz, mnie czeka jeszcze dzisiaj karta pracy z historii, a starożytność jest fuj i bardzo jej nie lubię. Zróbmy tak, że już od dłuższego czasu nie będzie w stanie wyciągnąć go na żadne piwo, więc weźmie go podstępem. Wyjmie sobie klucz spod wycieraczki Thomasa i poczeka na niego w jego mieszkaniu/domu, plądrując zawartość barku i gotując pyszną kolację :D ]

    Lovisa

    OdpowiedzUsuń
  10. [To ja przyszłam do Thomasa, bo na wątek z Lianne nie mam żadnego sensownego pomysłu poza atakiem Lolo. Co do wątku z Tomem. Spora różnica wieku miedzy nimi, to fakt. Mimo to myślę, że jeśli chcemy tak na sucho bez powiązań, to:
    a). Mogą się natknąć na siebie w gabinecie jego matki (o ile kobiecina jeszcze pracuje) i się zrobi trochę niezręcznie. Albo natknęli się tam jakieś trzy lata temu, przy okazji pierwszej wizyty Coralie, po której z wiadomych względów dziewczyna wyleciała z krzykiem zarzekając się, że nigdy więcej nie pójdzie do ginekologa, a teraz natykają się na siebie, choćby i w knajpce, w której pracuje C., i zbiera im się na wspominki z dawnych lat czy coś w tym stylu.
    b). Przybliż mi, co to tam z tym igraniem ze śmiercią on ma? Bo z tym można by pokombinować nieźle. Na chwilę obecną zaproponować mogę jakiś niewielki wypadek, nie wiem, potrąci ją/o mały włos nie potrąci, coś w tym guście, albo z kolei on będzie miał wypadek, a C. bohatersko wyciągnie go z płonącego auta (czyt. zwyczajny, niewielki wypadek, gdzie C. po prostu zadzwoni po odpowiednie władze). Jak mi więcej powiesz, to możemy coś innego kombinować.
    c). Coralie ma młodszego brata, mógł się dzieciak w jakąś bójkę wplątać albo z drzewa spaść i go trzeba było do szpitala zawieźć. Pan neurochirurg pewnie niewiele się przy nim zakręci, ale mogli na siebie w korytarzu wpaść, choć to takie trochę jałowe moim zdaniem.
    To tak na chybcika, jakby było źle, to krzycz. A jak mam myśleć nad czymś z jakimś wcześniejszym powiązaniem, to też krzycz.]

    Coralie Hanssveen

    OdpowiedzUsuń
  11. Oczywiście, Lovisa także mogła stać się jednym z robotów, które określały się mianem lekarzy. Nie brakowało ich nawet na oddziale psychiatrii. Zgorzkniali, pogrążeni w stercie papierkowej roboty i niezrównoważonych pacjentów. Czasami zastanawiała się czy i ona stanie się taka po kilkunastu latach pracy. Syn wyjedzie z domu na studia, a ona zostanie wyprana z wszelkich uczuć. Pielęgniarki będą nazywać ją zimną suką, a nastoletnie anorektyczni uznają, że to najgorsza lekarka z możliwych. Bała się swojej przyszłości. Nie była taka sama jak oni. Lubiła życie. Lubiła jesienne spacery, lubiła zbierać kasztany. Lubiła piec z Jamesem ciasto, chociaż przeważnie i tak je przypalała. Lubiła słuchać głośno muzyki, palić papierosy przy porannej kawie i uśmiechać się. Płakała, kiedy czuła, że tego potrzebuje. Cieszyła się, kiedy miała do tego powody. Była prawdziwa. Nie potrzebowała wytworzyć wokół siebie niewidzialnego muru czy sztucznej otoczki.
    Często zastanawiała się jaki był Thomas zanim go poznała. Na co poświęcał kilkanaście godzin dziennie, które dzisiaj były poświęcane dla ratowania ludzkiego życia. Czasami miała wrażenie, że on sam tego nie pamięta. Chciała mu pomóc. Czy można być złym człowiekiem, kiedy poświęca się siebie dla innych? Nie wierzyła w to. Nie wierzyła w jego puste spojrzenia, zimne słowa i obojętność, którą emanował na kilometr. Nie wzruszała ją ostygnięta kawa w jego kubku, popielniczka wypełniona petami. Chciała wskazać mu dobrą drogę. Nie, nie tę, która prowadziła do jej łóżka. Chciała pokazać mu życie. Udowodnić, że dźwięk telefonu nie zawsze musi oznaczać wezwanie ze szpitala. Udowodnić, że sala operacyjna nie musi być jego domem, a mieszkanie hotelem. Miała cel i nie zamierzała się poddawać, dopóki Thomas nie stanie na nogi.
    Dodzwonienie się do niego graniczyło z cudem, a jeżeli już jej się udało to i tak usłyszała, że nie ma czasu się z nią spotkać. Zaczynało działać jej to na nerwy, a z rozwścieczoną kobietą nikt nie chciałby mieć styczności. Tym bardziej, kiedy chodziło o rozwścieczoną Lovi. Nie raz i nie dwa brała go podstępem, ale tym razem posunęła się do czegoś gorszego. W jej mniemaniu, włamanie się do mieszkania z pomocą klucza nie było włamaniem. Nie widziała nic złego w tym, że sama się ugościła, przytachała do niego torbę pełną zakupów i posługując się swoją znikomą wiedzą na temat kuchni, postanowiła przyrządzić mu kolację. Skoro rządzić się to na całego! Z barku wyjęła butelkę czerwonego wina i odkorkowała je, nalewając do kieliszka. Świetnie się bawiła podskakując w rytm muzyki, popijając alkohol i pichcąc niezdarnie mięso. Nie usłyszała nawet klucza, który przekręca się w zamku. Udawała Madonnę, której za mikrofon służyła drewniana łyżka i nawet nie myślała o tym, żeby przerwać swoją zabawę. Cała Lovisa.

    [E tam, dobrze Ci wyszło <3]

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  13. Rytuały. Coś, co powtarzała bez przerwy w każdym tygodniu, w każdym miesiącu, bez czego Solaine chyba nie wyobrażała sobie życia, coś, co stało się jej codziennością. Aina miała bardzo uporządkowany dzień, bardzo schematyczny, bardzo... nudny do momentu aż nie dzwonił telefon z informacją, że znowu coś się stało i znowu jest schemartycznie. Żadnego szaleństwa, żadnych gwałtownych działań i nie chodziło nawet o skoki ze spadochronem czy uczestniczenie w wyścigach motocyklowych. Dla niej już samo przebiegnięcie i narażenie się na wypadek było czystym szaleństwem, czymś co się jej nie zdarzało, bo po prostu nie mogło. Musiała być żywa, zdrowa, najlepiej jakby nie zażywała żadnych leków i broń boże chorowała, bo wtedy jej krew nie będzie możliwa do pobrania, a przecież to było najważniejsze dla jej rodziców. Zamiast pytań "jak sobie radzisz w pracy? wszystko u ciebie w porządku?" za każdym razem słyszy przez telefon "nie bierzesz niczego teraz? Solaine może liczyć na ciebie? Robiłaś badania krwi?". Krew. Krew była najważniejsza, najbardziej potrzebna. Krew była nią, przynajmniej dla jej rodziców. Oni nie widzieli w niej nic oprócz banku krwi, którym była od wielu lat.
    Teraz też robiła za bank. Siedziała z Bastianem w poczekalni i piła koktajl truskawkowy. Tak, jej siostra była teraz krojona na stole, tak, powinna się zamartwiać, rwać włosy z głowy i histeryzować, ale prawda była taka, że gdyby miała to robić za każdym razem, to już dawno byłaby łysa. To przecież drugi raz w tym roku jak tak mocno się poturbowała. W marcu miała złamaną rękę i potrzebowała nerki, bo jedną straciła rok wcześniej, a druga nie funkcjonowała. Teraz.. Oprócz krwi mogli już od Ainy zażądać tylko wątroby, ale prawdę mówiąc miała nadzieję, że to nie nastąpi. Nie uśmiechało jej się leżenie najpierw na stole, a później w łóżku tylko dlatego, że to znowu Sol miała ciekawe życie i ponosiła tego konsekwencje. Pośrednio ona też będzie ponosić jeśli lekarze w końcu przyjdą i powiedzą, że potrzebują krwi/szpiku/wątroby.
    - Czasem mam jej dosyć. Jest kompletną kretynką, a ty wcale nie musisz tu być, Aina. - Bastian jak zwykle bardziej się wkurzał niż martwił, bo przecież oboje znali Sol i wiedzieli, że to nie był wypadek, że ona specjalnie skoczyła do tej rzeki, nikt jej nie wepchnął jak sugerowała policja. Tak, ich siostra zwariowała na punkcie adrenaliny, a oni musieli to znosić.
    - Wiesz że muszę. Jestem jej bankiem. Może sobie przebierać i wybierać w tym, co ode mnie chce. Cieszmy się i radujmy, bo mam jeszcze trochę krwi dla niej w sobie - zironizowała, unosząc ręce do góry niby w triumfalnym geście, ale to tylko bardziej poirytowało brata, więc znowu przyssała się do rurki i napiła trochę. Przy okazji rozglądała się trochę, czekając na kogoś, kto powie im czy na pewno Sol przeżyje.

    Aina

    OdpowiedzUsuń
  14. [Ja myślę, że można dorobić Coralie jakąś przyjaciółkę, którą jako lekarz zajmował się Thomas. Między siódmym a siedemnastym rokiem życia Coralie mieszkała we Francji z całą rodziną, ale do Kopenhagi regularnie wracała na wakacje rok w rok. No i mogłaby przez te całe wakacje spędzać bardzo wiele czasu przy łóżku tej swojej przyjaciółki, czasem mogła się kłócić, że nie wyjdzie, choć jej kazano i takie tam typowe. A potem, powiedzmy, w wieku lat szesnastu dziewczyna umarła. Po śmierci przyjaciółki jako jedna z nielicznych w szpitalu trzymała jeszcze rezon, więc mogła mu tym zaimponować trochę czy coś. Możemy przyjąć, że umierającą dziewczynę, tę swoja pacjentkę, dosyć lubił, z kolei za dosyć awanturniczą C. nie musiał przepadać. Ale jak ją zobaczył, gdy się w tamte wakacje dowiedziała o śmierci, mógł zacząć podchodzić do niej nieco inaczej, zmienić o niej zdanie. Wtedy czasu nie było, bo siłą rzeczy C. przestała odwiedzać szpital, ale gdzieś tam mgliście mała szesnastolatka zakotwiczyła się w pamięci pana lekarza. No i teraz wkracza któryś z tamtych wcześniejszych pomysłów, bo od trzech lat Coralie razem z ojcem i bratem z powrotem mieszka w kraju, a jak to nam się potoczy, to się okaże, tak myślę. Może jej zacząć robić trochę za takiego wujka czy coś. Ale to już wyjdzie chyba w praniu, nie?]

    Coralie

    OdpowiedzUsuń
  15. [Objawia się moja słabość do Chirurgów. Mimo że akurat neurochirurgia nie jest tak pociągająca jak kardiochirurgia bądź urazówka, wciąż jest milutko. Poza tym napisane z klasą, a klasę to ja lubię, przynajmniej o tej godzinie.]/Viktor

    OdpowiedzUsuń
  16. [ na razie przyszłam tylko powitać. Pęka mi głowa, nie myślę, chociaż tak bardzo bym chciała :C]
    Rose

    OdpowiedzUsuń
  17. [Tak się tylko wydaje. Witam się również. Neurochirurdzy są tak bardzo fajni. A jak jeszcze mają dobrą kartę to już w ogóle.]

    Cecilie Lund

    OdpowiedzUsuń
  18. Nie, to było jedynie egzystowanie. Marna namiastka tworu, który został nazywany życiem. Nie, Lovi nie uważała, że życie oznacza niezliczoną ilość kochanków w łóżku. Zbyt późne wstawanie i butelka wody mineralnej po przebudzeniu, aby złagodzić kaca. Nie uważała też, że każdy człowiek musi założyć rodzinę, mieć syna, posadzić drzewo i zbudować dom. Ile ludzi na świecie tyle definicji życia. Sami wiemy co nas uszczęśliwia.
    Idąc tym tokiem myślenia, powinna pozwolić Thomasowi pójść własną drogą. Widziała, że jej starania idą przeważnie na marne. Nie wystarczał jeden wieczór w miesiącu, który razem spędzali. Każdy dzień zabierał go coraz bardziej, pochłaniał, wydzierał cząstkę duszy mężczyzny i nie zapowiadało się na jakąkolwiek, najmniejszą zmianę.
    Czasami i ona zaczynała wątpić w swoje plany. Załamywała ręce, odkładając telefon po kolejnej odmowie. Wiedziała, że nie pomogą gadki szmatki o pełni szczęścia, znalezieniu wiecznej miłości i odnalezieniu sensu życia. Była psychiatrą, a skoro nie mogła wcisnąć mu w rękę psychotropów to musiała znaleźć inny sposób. Lovisa wierzyła w Thomasa. Wierzyła, że któregoś dnia sam wybierze jej numer. Zapragnie zabrać Jamesa na spacer i czerpać radość z postrzegania świata przez dziecko. Zapragnie zostać jego wujkiem, który zbyt głośno śpiewa piosenki z bajek Disneya. Kolację z Lovi zamieni na miły posiłek z ukochaną, a praca pójdzie w odstawkę. Nie, nadal będzie wybitnie dobry, ale przestanie tracić swą duszę na stole operacyjnym. Wiedziała, że musi znaleźć coś co da mu natchnienie, popchnie go do działania. Do zrzucenia lekarskiego fartucha, porzucenia szpitalnych ścian i odnalezienia sensu w czymś co sprawi, że będzie wolny. Tak, Lovi w to wierzyła.
    Kiedy tylko zorientowała się, że Thomas wrócił do domu, podskoczyła w górę i wypuściła z dłoni swój prowizoryczny mikrofon. Nie czuła się skrępowana, co to to nie. Lo była w swoim żywiole i w życiu nie dopuściłaby do tego, aby cokolwiek popsuło im wieczór.
    -Ty głuptasie, nikt Ci nie powiedział, że nie zostawia się klucza pod wycieraczką? - podniosła z ziemi łyżkę, podchodząc do Thomasa i dźgając go delikatnie jej końcem. -Widzisz, po coś musiałam się urodzić - puściła mu oczko, komentując uwagę o byciu światłem jego życia. Nie zamierzała przepraszać za włamanie, pociągnęła spory łyk wina ze swojego kieliszka i wróciła ochoczo do gotowania, nadal nucąc pod nosem.

    Lovi

    OdpowiedzUsuń
  19. [Cześć. Coś przyciągnęło, może zdjęcie? ;D Bardzo mi miło czytać, że nie rozczarowałam, dziękuję za opinię i powitanie.]

    OdpowiedzUsuń
  20. [Ach. Wybrałam je właśnie ze względu na brzmienie, chociaż duńskie za bardzo nie jest.]

    OdpowiedzUsuń
  21. [Cześć. Dzięki bardzo. :D]

    Jacob

    OdpowiedzUsuń
  22. [Za pomysł się zaczyna. Wiadomo. Tylko mówię od razu, że nie mam w zwyczaju się strasznie rozpisywać.]

    Cecilie

    OdpowiedzUsuń
  23. [Miód na moje serce, rzadko słyszę dobre opinie na temat karty, częściej ludzie piszą, że ładne zdjęcie, więc cieszę się, że tym razem coś spod moich palców przypadło do gustu :)
    Thomas jest cudowny i ty dobrze o tym wiesz, nie będę się powtarzać. Chcę już wącić, bo z pewnością będzie ciekawie! Z niecierpliwością czekam na zaczęcie, choć nie pospieszam, bo sama też mam dzisiaj mnóstwo nauki. Znam ten ból.]

    Saskia Nørgaard

    OdpowiedzUsuń
  24. [To pjona, bo ja też lubię. :D]

    R. Smit

    OdpowiedzUsuń
  25. I/II

    Podobno prawdziwymi szczęściarzami są ludzie, którzy żyją. A Saskia od dłuższego czasu nie żyła, tylko egzystowała.
    Zawsze potępiała pracoholików, rzucających się w wir wykonywanej profesji, zapominających o całym świecie, a przede wszystkim o swojej rodzinie. Nie rozumiała, jak można przedkładać zawód nad ludzi darzących ową osobę ogromną miłością i zaufaniem. Rodziny nie dało się przecież kupić w żadnym sklepie czy zastąpić czymkolwiek innym - ona była bezcenna, dostawało się ją jako prezent od losu. A tak niewiele osób potrafiło to docenić. Potępiała pracoholików, a z każdym kolejnym miesiącem sama stawała się jednym z nich. Różnica była taka, że Saskia nie miała nikogo bliskiego, kto czekałby na nią z gorącą herbatą w mieszkaniu albo kto mógłby uścisnąć na powitanie w drzwiach. Codziennie wracała do przeraźliwie pustego domu, jeśli nie licząc miauczących czarnych kotów, łaszących się o nogi. Mogła więc bez obawy poświęcić się pracy i swoim pacjentom, choć w większości byli to ludzie, których znała tylko po podstawowych informacjach z życiorysu. Wiedziała natomiast wszystko o ich chorobach, ciele i o tym, co dzieje się pod czuprynami każdego z tych osobników. Nie minęło wiele czasu, gdy szpital zaczął stawać się drugim domem Saski. A może raczej jedynym, jaki miała?
    Coraz częściej nie wracała do mieszkania w starej kamienicy na noc, a zostawała na oddziale, by przespać się na prowizorycznej kanapie w jednym z wolnych pokoi. Całkowicie oddawała się pacjentom - w końcu w każdej chwili ktoś mógł potrzebować jej pomocy. Była dostępna dwadzieścia cztery godziny na dobę, co wkrótce zauważył jej szef. I mimo iż uważał to za godne podziwu, rugał Saskię za to, że już którąś noc z rzędu spędza w pomieszczeniu dla personelu, a nie własnym domu, w którym na pewno czekają na nią mąż z dziećmi. Nawet nie wiedział, jak bardzo mylił się w swoich osądach, ale kobieta nie zamierzała mówić mu prawdy o tym, że jest samotna jak palec; wolała zachować pozory szczęśliwej małżonki i matki, choć nikt nigdy nie widział na jej dłoni złotej obrączki. Nic nie mogła poradzić na to, że lubiła swoją pracę. Praca była jedynym, co pozostało, gdy odszedł Thomas, była jedynym, co utrzymywało ją przy życiu. Po szpitalnych korytarzach poruszała się szybko i energicznie, w razie gdyby ktoś nagle zasłabł jej na drodze czy zawołał z drugiego końca budynku. Zawsze chciała być gotowa. Na piegowatej twarzy nieustannie gościł dobrotliwy uśmiech, nie sięgający oczu. Rozdawała go jak ulotki wszystkim pracownikom, ale przede wszystkim pacjentom - uśmiech dawał nadzieję, a Saskia chciała, aby jej pacjenci mieli wiarę w lepsze jutro, skoro ona tej wiary miała dokładnie odrobinę za mało.
    Tamtego ranka właśnie weszła do szpitala, kierując się do windy, którą wjechała na czwarte piętro - ostatnie - czyli oddział psychiatryczny. Jak zwykle ruszyła w stronę kontuaru, by zamienić parę słów z sympatyczną recepcjonistką, a przy okazji wziąć potrzebne tego dnia papiery. Każdego dnia przyjmowała nowych pacjentów, poznawała nowe historie i choroby, zapominając o własnym życiu, co bardzo Saski odpowiadało. Zbliżyła się do kontuaru, stukając obcasami czarnych szpilek, kontrastujących z białą skórą nóg odzianych w ołówkową spódnicę do kolan. Odkąd skończyła rezydenturę starała się zawsze wyglądać nienagannie - delikatny makijaż ukrywający podpuchnięte od braku snu oczy, wysokie obcasy, które dodawały jej powagi i kilkunastu centymetrów, a także pewności siebie. Pozory były najważniejsze. Ale tym razem nic nie było takie, jak zawsze - naprzeciwko recepcjonistki stał wysoki mężczyzna w kitlu, którego mogłaby poznać nawet z zamkniętymi oczami. Mężczyzna jej życia. Mężczyzna, który najlepsze, co potrafił to uciekać. Saskia poczuła, jak nogi uginają się pod ciężarem coraz bardziej słabnącego ciała, a głos więźnie w gardle. Tak dawno go nie widziała... A teraz po prostu odwracał się, patrzył w jej stronę, ale tak, jakby jego wzrost przepływał gdzieś obok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. II/II

      - Dzień dobry, Agnes - powitała znajomą recepcjonistkę, posyłając jej jeden ze swoich wyuczonych na pamięć uśmiechów. Lekki, niezbyt szeroki, by nie wyszedł sztuczny; to Saskia opanowała już niemal do perfekcji. Nie mogła przecież rzucić się teraz na podłogę ze szlochem; pomyśleliby jeszcze, że jest niespełna rozumu.
      Thomas ruszył przed siebie, nie zaszczycając jej nawet bzdurnym powitaniem. Mogła się tego spodziewać, był tchórzem, pewnie znów uciekał do swoich pacjentów ważniejszych od wszystkich, ważniejszych nawet od niej samej. Nie miała zamiaru za nim biec, ale zauważyła, że po drodze z rąk wypadła mu jedna z kart pacjentów. Pochyliła się i sięgnęła po nią, idąc za Thomasem i czując, jak drżą jej dłonie.
      - Doktorze Zachrisson - powiedziała na tyle głośno, by ją usłyszał. Wyciągała przed siebie papiery, patrząc na jego plecy i tył głowy. - W tym niesamowitym pośpiechu coś pan zgubił. Gdybym pana nie znała to mogłabym pomyśleć, że ten szybki krok to po to, by przede mną uciec. A to byłoby godne pożałowania, prawda, doktorze?

      [Oczywiście, że może być. Ja też się starałam, wybacz długość, samo takie tasiemcowate wyszło.]

      Saskia Nørgaard

      Usuń
  26. [Ja też chcę wątek, więc coś trzeba wymyślić. A zatem... dobrze by było, gdyby się znali. I teraz zapytanie jakiego rodzaju ma to być relacja, bo ja to bym strasznie, strasznie chciała coś toksycznego, jako że się Sabine do tego nadaje. I byłoby fajnie, gdyby znaleźli jakąś nić porozumienia, ale mimo wszystko mogliby być fanami ogólnego "mamcięwdupia". Ona wyklinałaby na niego, on by ją olewał, obydwoje by od siebie uciekali, ale zawsze któreś mogłoby wracać na kubek kawy. Ona wkurzałaby go wykładami na temat jego życia, on by jej wypominał, że jej życie jest chujowe. Nie wiem czy da radę to tak zorganizować, ale moja głowa wymyśliła taką ciut niezdrową relację]

    Sabine

    OdpowiedzUsuń
  27. [ Kawa i papierosy... :) Zastanawiałam się nad wątkiem i w sumie Maeva mogłaby mieć jakieś problemy z koordynacją, więc została do niego wysłana na konsultację, bo przecież tańczyć ktos musi. Chociaż wydaje mi się, że możnaby było wymyślić dla nich jakieś powiązanie, mogłoby być ciekawiej. :)]

    Maeva

    OdpowiedzUsuń
  28. [Małe sprostowanie, bo brat Cor ma lat piętnaście, ale ta nieścisłość to moja wina, bo nie powiedziałam wcześniej, a w karcie jeszcze go nie ma. ;)]

    Coralie ani trochę nie lubiła szpitali. Nie uważała, jakoby były zupełnie niepotrzebne, co nie znaczyło, że lubiła przebywać w ich pobliżu. Unikała ich, jak tylko mogła. Zbyt wiele czasu spędziła w tej instytucji za dzieciaka, zbyt jałowe były to oczekiwania, zbyt bezsensowne, by szpital kojarzył jej się z czymś dobrym. Szpitalna biel i sterylność wszystkich korytarzy, zapach starości, bólu i śmierci, który unosił się w takich miejscach (względem wybujałej wyobraźni Coralie) - to wszystko łączyło się w przytłaczającą mieszanką napełniającą dziewczynę zwątpieniem i paskudnie czarnymi myślami. Dlatego w szpitalach starała się pojawiać najrzadziej, jak to tylko było możliwe.
    Dziś jednak nie miała wyboru. Była niedziela, jeden z nielicznych dni tygodnia, kiedy mogła pozwolić sobie na nic nierobienie i prawdopodobnie oddałaby się temu zajęciu bez reszty, gdyby nie telefon od młodszego brata. Coralie, przyjedź. Jestem w parku. Tylko nie mów ojcu, proszę. Była przyzwyczajona do tego, że niejednokrotnie musiała kryć Olę przed ojcem, kiedy chłopak znowu zrobił jakieś głupstwo. Była przyzwyczajona do tego, że musiała być w stanie najwyższej gotowości przez dwadzieścia cztery godziny, siedem dni w tygodniu, bo piętnastolatek miał wybitny talent do ładowania się w kłopoty. Często zdarzyło mu się zbyt mocno zabalować, często też wdawał się z kolegami w bójki. Ale nigdy jeszcze nie zdarzyło jej się, by musiała go potem odwozić do szpitala. Zazwyczaj kończyło się jedynie na kilku bolesnych siniakach, które bez problemu dało się zatuszować jej kosmetykami, i przeszmuglowaniu młodego do jego pokoju tak, by ojciec się nie zorientował, co ciężkie zresztą nie było, jako że nieczęsto bywał w domu z racji wykonywanego zawodu. Ale kiedy przyjechała wreszcie do parku i zobaczyła brata z najprawdopodobniej złamaną ręką… Miała ochotę udusić go gołymi rękami.
    Wchodząc z nim na izbę przyjęć, ściągała na siebie zdecydowanie zbyt wiele uwagi. Była ewidentnie zdenerwowana, choć niemniej zmartwiona stanem Oli. Nie przeszkadzało jej to jednak w dosadnym informowaniu nastolatka, co myśli o jego durnych wybrykach. W kilku prostych, stanowczych słowach wyłożyła mu, jak wielkim jest kretynem. A potem stanął przed nimi lekarz.
    W pierwszej chwili Coralie nie mogła sobie przypomnieć, skąd zna tę twarz. Gorączkowo wysilała wszystkie swoje szare komórki, próbując przyporządkować obraz człowieka stojącego przed nią do obrazu, który zachowała w pamięci. Raz za razem przerzucała w głowie kolejne wspomnienia, jak kartkuje się książkę trzymaną na kolanach. Nie mogła. Choć bardzo się starała, nie potrafiła sobie przypomnieć. Konkretna sytuacja i konkretne nazwisko majaczyło gdzieś na granicy świadomości, ale za nic nie chciało wypłynąć na powierzchnię.
    - Nie wiem, ręka boli mnie jak cholera – odpowiedział nastolatek. Próbował udawać twardego, ale skrzywił się przy tym nieznacznie.
    - Trzeba było nie skakać po drzewach – fuknęła Coralie.
    - To co, może według ciebie miałam przegrać zakład i wyjść na mięczaka?!
    - Da radę coś z tym szybko zrobić, panie doktorze? – spytała dziewczyna, tym samym przerywając zupełnie bezsensowną sprzeczkę z bratem. Skoro ręka faktycznie bolała go aż tak mocno, będzie miał nauczkę na przyszłość, a jej zależało już tylko na jak najszybszym opuszczeniu tego paskudnego miejsca.

    [I nie przepraszaj, bo u mnie szału też nie ma. Ale spokojnie rozkręcimy się, obiecuję.]

    Coralie

    OdpowiedzUsuń
  29. [ To ja już nad tym usilnie myślę, żeby coś ciekawego wymodzić. :)]

    Maeva

    OdpowiedzUsuń
  30. [W takim razie postaram się zacząć jutro :>]

    Sabine

    OdpowiedzUsuń
  31. I/II

    Nie musiała się zatrzymywać, stała w miejscu od bardzo długiego czasu. Budziła się dokładnie o piątej pięćdziesiąt, jadła śniadanie, myła zęby i narzucała na siebie ubranie, wychodziła z domu, pracowała, a potem wracała do pustego mieszkania (chociaż częściej zostawała na jeszcze jednym dyżurze by zobaczyć, czy nie może się do czegoś przydać). Każdy dzień wyglądał tak samo monotonnie i szaro, jak poprzednie; nie zaznaczała nawet wyjątkowych dat w kalendarzu, bo takowe się nie zdarzały. Najczęściej spotykała się z kuzynką Malin, która była także jej jedyną przyjaciółką, o ile mogła nazwać tak kogokolwiek w dwudziestym pierwszym wieku. Podchodziła nieufnie do wszelkich bliższych relacji, bojąc się zranienia i opuszczenia, przerabiała to bowiem kilka razy i nie chciała znów się na kimś sparzyć. Czasem jeździła do rodziny i pozwalała też, by oni ją odwiedzali, przynosząc ciasta, konfitury, ciekawe książki - tak dla świętego spokoju. Gdyby nagle całkowicie odizolowała się od ludzi pewnie pomyśleliby, że ma depresję albo - co gorsza - nadal boli ją odejście byłego narzeczonego. Musiała zachowywać pozory. Pozory są najważniejsze, powtarzała sobie za każdym razem, gdy na jej ustach pojawiał się wyuczony sztuczny uśmiech. Bała się tego, co z niej zostało. Z niej; kiedyś optymistycznej, gotowej do poświęceń, altruistycznej osoby z marzeniami. Chyba tylko te marzenia, ponieważ tkwiły cały czas z tyłu jej głowy, jakby czekając na spełnienie, które nie nadchodziło. Nadal lubiła pomagać ludziom, ale było w tym odrobinę mniej żaru, niż dawniej, gdy jeszcze była na studiach, a potem rezydenturze. Teraz przychodziła do szpitala, bo wiedziała, że jeśli odpuści sobie medycynę to nie zostanie jej nic. Potem zniknie nawet ona sama. A Saskia nie chciała znikać.
    Codziennie starała się sobie wmówić, że uwielbia pomagać pacjentom, leczyć ich, uciekając w ten sposób od własnych problemów, które czaiły się gdzieś za rogiem. To był świetny sposób, by ukryć smutek - być zapracowaną panią doktor z wiecznym uśmiechem na twarzy i energicznym sposobem bycia. Nawet gdy pacjenci lali łzy, nie wierząc w cudowne uzdrowienie, ona nie pozwalała sobie na chwilę zadumy czy jakiegokolwiek złego odczucia. Leczyła ich swoim podejściem, swoją wiarą, że wszystko da się zmienić. Zachowywała się wstrętnie, okłamywała tych ludzi, bo sama nie wierzyła w nic. Saskia nie potrzebowała wielkich słów, deklaracji i całej tej pięknej otoczki - ona zawsze chciała tylko czuć obecność tej drugiej osoby i miłość płynącą z każdego jej czynu. Czy to było zbyt wiele, nawet jak na Thomasa? Nie wymagała przecież kolacji przy świecach, drogich prezentów czy mówienia "kocham cię" w każdym możliwym momencie. Pragnęła, by był przy niej, z nią, dla niej, a nie uciekał od niej w pracę. Właściwie potrafiła to nawet zrozumieć, nie była nikim wyjątkowym, nie była kobietą, dla której można porzucić marzenia o byciu bogiem neurochirurgi. Była tylko Saskią; piegowatą, rudą Saskią o temperamencie tak ognistym, jak barwa jej włosów. Nie próbowała udawać, że jest inaczej.
    Konfrontacje z byłym narzeczonym nie należały do ulubionych zajęć Saskii. Czuła się niezręcznie, stojąc naprzeciwko niego z tym fałszywym, przylepionym uśmiechem, próbując zakryć rozpacz w błękitnych oczach. Znał ją na pamięć, przed nim przecież nie musiała niczego ukrywać, prędzej czy później i tak zorientuje się, że go oszukuje, wciskając kit o szczęśliwości płynącej z życia singielki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. II/II

      Nie mogła znieść beznamiętnej twarzy Thomasa, chociaż w głębi duszy zdawała sobie sprawę, że to tylko gra, bo po siedmiu latach związku nawet on coś czuł. Miała nadzieję, że dla niego był to związek, a nie przelotna znajomość, z której czerpał jedynie przyjemność z seksu. Ona traktowała go jako mężczyznę swojego życia, dlatego po jego odejściu nie związała się z nikim innym. Nie potrafiłaby całować ust obcego mężczyzny, chować się w innych ramionach, niż Thomasa - nikt nie był godnym następcą tego cholernego pracoholika, który podobno Nie potrafił pokochać Saskii. Dlatego od kilku lat zasypiała sama, budziła się sama, jeśli nie liczyć kotów, miauczących rano o jedzenie. Nawet jeśli potrzebowała bliskości to nie umiała rzucić się w ramiona kogoś, kto nie był Thomasem. I to było jej przekleństwo, przez które nie mogła ruszyć dalej.
      Patrzyła w oczy byłego narzeczonego, mając je na wyciągnięcie ręki. Czuła zapach jego perfum i widziała sińce pod oczami - zapewne z braku snu. Zarywał noce tak jak i ona, nocując w szpitalu albo w hotelu, bo nie miał po co wracać do starokawalerskiego mieszkania, przepełnionego jedynie ciszą i bałaganem, który miał w zwyczaju po sobie zostawiać. Saskia tak bardzo pragnęła go dotknąć, poczuć pod opuszkami palców strukturę skóry albo kosmyków ciemnych włosów... Gdyby nie jej opanowanie i siła woli to pewnie właśnie to by zrobiła, ale szybko otrząsnęła się z tych myśli, by wyciągnąć w stronę lekarza kartę pacjenta, która mu wypadła. Kiedy usłyszała zadane pytanie, miała ochotę parsknąć mu śmiechem w twarz. Od kiedy obchodziło go, co sobie myślała?
      - Gdybym pana nie znała to mogłabym nawet sądzić, że ma pan doktor wzrok spłoszonego zwierzęcia, które pragnie uciec jak najdalej od goniącego go myśliwego - odparła, zatrzymując wzrok na każdym milimetrze twarzy Thomasa, a następnie lokując spojrzenie na ustach. - Ale skoro trochę się już znamy to myślę, że po prostu bardzo się pan doktor spieszy do pacjentów, w końcu o n i nie mogą czekać. Mam rację?
      Dobrze, że nie słyszał jej myśli, bo wtedy wiedziałby, że ma w sercu ziejącą pustką dziurę, której nikt nie potrafi wypełnić. Wiedziałby, że gdyby nie stali teraz na korytarzu pełnym ludzi, rzuciłaby się na niego, byleby tylko schować się w ukochanych ramionach, które kiedyś obejmowały ją z czułością. Wiedziałby, że największy ból sprawia jej obojętność kogoś, za kogo kiedyś mogła wskoczyć w ogień. I wiedziałby, że całe to dogryzanie i złośliwości to tylko gra, bo tak naprawdę tęskniła za nim do utraty tchu codziennie od dnia, w którym odszedł.
      - W każdym razie proszę uważać, doktorze Zachrisson. - Zerknęła na kartę nadal trzymaną w dłoni, uginając usta w delikatnym uśmiechu, choć w rzeczywistości chciała zacząć krzyczeć. - Pośpiech nie sprzyja efektownej pracy, a można przy tym zgubić nie tylko dokumenty, ale i głowę.

      [Te przekleństwa nadają właśnie Thomasowi uroku, nie mam nic przeciwko. Wybacz za kiepski odpis, ale pisałam go na raty - jedną część o szóstej rano, a drugą teraz :<]

      Saskia Nørgaard

      Usuń
  32. [Nie ma sprawy, nie spieszy mi się, bo sama mam dużo nauki na głowie. Ale dzięki za informację :) Pewnie dam radę odpisać dopiero w piątek.]

    Saskia Nørgaard

    OdpowiedzUsuń
  33. Faktycznie, tak bardzo było czego żałować. Tyle połamanych kości w ciągu kilku lat, tyle operacji ratujących życie, tyle przetoczonej krwi z organizmu własnej siostry, tyle problemów przez chorobę, o której Solaine starała się nie pamiętać i żyła tak, jakby tego wszystkiego nie było. Jakby to jej nie dotyczyło, jakby choroba nie wybrała jej tylko ją, Ainę. W końcu to młodsza siostra miała przez to więcej nieprzyjemności niż pożytku i ona musiała się bardziej poświęcać "w imię większego dobra" jakim była jej stuknięta, pragnąca śmierci starsza siostrzyczka. Gdyby Aina miała okazję być na sali i słyszeć tych wszystkich ludzi, którzy tak gorąco żałują i współczują jej, to najprawdopodobniej wyśmiałaby ich.Wyśmiałaby ich wszystkich, bo miała już dość tego wszystkiego. Męczyło ją traktowanie jej organizmu jako miejsca, z którego można było brać sobie, co się chciało, żeby tylko Sol żyła. Męczyło ją przyjeżdżanie za każdym razem tutaj, bo przecież miała też swoje obowiązki, pracowała (co prawda nie mogła robić tego co kochała, ale jednak pracowała i chciała zarabiać a nie być opieprzana przez szefa). Męczyło ja bycie niewidzialną dla rodziny. Oczywiście nie dla Bastiana, on zawsze stawał po jej stronie, widział jaką chorą relację tworzą rodzice między nią a Sol, ale nie mógł nic na to poradzić. Nikt nie mógł. To się po prostu działo, a Aina była jedyną osobą, która mogła się przeciwstawić. Ale czy na pewno mogła? Jasne, wściekała się, miała dość, męczyło ją to, ale ostatecznie przyjeżdżała, bo wiedziała, że bez niej Sol umrze. I wiedziała też, że rodzice zawsze obwinią ją o jej śmierć. Nawet jeśli ich idealna córeczka zginie, bo kiedyś spadochron jej się nie otworzy, to i tak stwierdzą, że zawiniła, bo nie stała na dole i nie wyjęła swojego serca, żeby jej je oddać. Szokujące, ale prawdziwe.
    Raczej od niechcenia podniosła głowę do góry, przerywając tym samym picie końcówki koktajlu. Był całkiem niezły, ale stojący w wejściu lekarz pewnie nie pochwaliłby jej zachowania, więc dla świętego spokoju oddała bratu kubek i wstała ze swojego miejsca. Przecież nie musiała udawać, że aż tak się martwi. Jej siostra miała za dużo szczęścia, żeby nagle umrzeć na stole.
    - Tak, coś wiadomo odnośnie Solaine? - zapytała odruchowo. Typowa formułka, zawsze ją mówiła. Czuła się prawie jakby powtarzała coś na replayu. Zmieniały się tylko jej ubrania, cała reszta była jak zwykle bez zmian. - Tylko niech pan nie mówi, że potrzebuje wątroby - rzuciła z lekką nutką ironii w głosie, bo to był właściwie jedyny organ, którego Sol mimo możliwości jeszcze od niej nie podebrała. W momencie gdy to zrobi Aina będzie mogła powiedzieć jedno "teraz masz już wszystko" i najlepiej na końcu dorzucić "odpieprz się", ale przecież tego nie zrobi. Nie może.

    Aina

    OdpowiedzUsuń
  34. I/II

    Skoro Thomas był chodzącą prawdą, ona była jednym wielkim kłamstwem. Odkąd została sama to ciągle coś przed kimś udawała - a to przed rodzicami, że radzi sobie świetnie; w końcu po co mieli się martwić? Albo przed kuzynką, że znowu ma zajęty wieczór i nie będzie mogła wyjść do kina, by nie psuć Malin dobrego nastroju. Przed pacjentami grała entuzjastyczną, optymistycznie nastawioną kobietę, by dodawać im wiary w to, że będzie lepiej. W końcu jeśli nie ona - to kto? Zachowywała pozory, by bliskie osoby mogły spać spokojnie ze świadomością, że ich Saskia ma się dobrze i wcale nie ma ochoty zapaść w wieczny sen i nigdy się nie budzić. Myślała przede wszystkim o innych, dlatego udawała kogoś, kim nie była, pokazywała pozornie radosne emocje, bo zdawała sobie sprawę, że usatysfakcjonuje tym martwiącą się rodzinę. Nieważne było to, że sama nie czuje się z tą świadomością zbyt dobrze. Z każdym kolejnym miesiącem kłamstwa wychodziły jej coraz lepiej i po pewnym czasie zaczęła tracić rachubę, co jest prawdą, a co fałszem. Granice zacierały się i nawet Saskia prawie łykała bajeczkę o tym, jak to świetnie żyje jej się jako singielce i że wcale nie tęskni za byłym narzeczonym. Thomas? Jaki Thomas? Ktoś taki w ogóle istniał?
    Ich związek wspominała jak przejażdżkę rollercoasterem. Raz potrafiło być wspaniale; wspólne planowanie przyszłości, wyjazdy za miasto, by wieczorem poobserwować piękne czyste niebo pełne gwiazd. Ale musiała przyznać, że istniały momenty, gdy Thomas sprawiał jej ogromną przykrość swoim zachowaniem. Zwłaszcza wtedy, kiedy nie wracał na noc do domu, bo znów musiał zostać dłużej na dyżurze albo gdy wszystko było ważniejsze od niej. Zawsze znajdował wymówkę, by popracować, a jeśli Saskia próbowała wytknąć mu błąd, nie dawał sobie nic przetłumaczyć. Bolała ją świadomość, że to zawsze medycyna okazywała się ważniejsza, a ona była na drugim miejscu. Na początku próbowała to jakoś znosić, zmieniać Thomasa, rozmawiać z nim - przecież była psychiatrą, musieli sobie jakoś poradzić. Ale czas mijał nieubłaganie, a w ich związku nic nie zmieniało się na lepsze, a jedynie na gorsze. Nawet jeśli kochała Thomasa i chciała z nim spędzić resztę życia, nawet jeśli akceptowała każdą jego wadę (również to, że jest okropnym bałaganiarzem i wszędzie rozrzuca swoje skarpetki), nawet to było dla niej zbyt małym powodem, aby zgadzać się na tak karygodne zachowanie narzeczonego. A potem odszedł, po prostu ją zostawił, nie podając chociaż jednego powodu swojej decyzji. Saskia mogła się tylko domyślać, a przecież zasługiwała na znacznie więcej.
    Właściwie dlaczego wybrała akurat ten szpital, a nie inny? Mogła nadal pracować w starym miejscu, nie zmieniać nic, bo doskonale spełniała się tam jako psychiatra. Odpowiedź była prosta - chciała być blisko niego. Skoro już razem nie mieszkali i nawet nie widywali się przypadkowo na ulicy, postanowiła zadziałać w inny podstępny sposób. Nie przyszedł Mahomet do góry, to przyszła góra do Mahometa. Saskia pewnie nawet tego nie wiedziała, ale gdzieś tam pod skórą pragnęła kontrolować Thomasa, mieć wzgląd na jego życie osobiste; ciekawa była, czy znalazł sobie inną kobietę i czy flirtuje z pielęgniarkami. Poza tym sam widok twarzy mężczyzny działał na nią jak najlepszy narkotyk, najlepszy z możliwych leków. Chociaż, kiedy układał usta w ten kpiący, prześmiewczy uśmieszek, czuła się jak nic nie warta szmata, którą mógł wgnieść w ziemię jednym splunięciem. Nieraz widziała, jak obdarza tym uśmiechem swoich krnąbrnych pacjentów czy nielubianych znajomych, ale jeszcze nigdy nie użył go w stosunku do niej. Bolało, ale domyślała się, że on robi to celowo, chciał ją odstraszyć, zniechęcić do jakichkolwiek prób dotarcia do niego. Chciał, aby uciekła, jak uciekał każdy. Tyle że Saskia nie była taka, jak wszyscy - nie poddawała się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. II/II

      - Jakiś czas. Na pewno krócej, niż ty - odparła pokrętnie, owijając w bawełnę. Nie zamierzała powiedzieć wprost, że pracuje w szpitalu od dwóch tygodni, bo zorientowałby się, że nie jest to zwykły zbieg okoliczności. Odgarnęła rude włosy, bawiąc się jednym z kosmyków. Ten pozornie niedbały gest znaczył u Saskii zdenerwowanie. - Chciałam zmian, nie lubię monotonii. Poza tym ten szpital ma o wiele lepsze warunki do pracy i mogę się w pełni realizować. Żałuję, że nie podjęłam tej decyzji wcześniej.
      - A tobie jak się tu pracuje? - spytała, spoglądając na Thomasa i zastanawiając się, co teraz sobie myśli. Sytuacja absurdalna, a on nie przepadał za powrotami do przeszłości; najchętniej pewnie zamknąłby tamten rozdział i nie oglądał jej twarzy nigdy więcej. Ale Saskia nie zamierzała się poddawać. Miała pewien plan, a gdy czegoś pragnęła, stawała się nie do pokonania, wręcz bezlitosna. Uśmiechała się niewinnie, ale w jej oczach dostrzec można było niebezpieczne błyski. - Może oprowadzisz mnie po swoim oddziale neurochirurgii? Tam chyba jeszcze nie byłam.

      [Nie ma sprawy, rozumiem.]

      Saskia Nørgaard

      Usuń
  35. I/II

    Po długich latach studiów medycznych i rezydentury, a teraz także pracy na oddziale psychiatrii, Saskia umiała niemal czytać w ludzkich myślach. Potrafiła przejrzeć człowieka na wylot, patrząc na jego mimikę, zachowanie, słuchając słów. Oczywiście, były trudne przypadki, z którymi musiała trochę bardziej się namęczyć, by je zdiagnozować, ale większości pacjentów umiała pomóc. Przyzwyczaiła się już, że to ona stara się dotrzeć do ludzi, a nie na odwrót - nigdy nie przyznawała się do faktu, że sama ma problemy z własnym życiem. Może tak było łatwiej. Udawanie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku sprawiało, iż Saskia zaczynała w to wierzyć, a przynajmniej żyć tą iluzją. Nie czuła, by robiła coś szczególnie złego, oszukując rodzinę - w pewien sposób chroniła ich przed złym nastrojem i zmartwieniami z jej powodu. Była przecież przykładną córką, ambitną panią doktor, gotowej pomóc każdemu, kto będzie tej pomocy potrzebował. Pragnęła zbawić cały świat, zdejmowała małe koty z konarów drzew i dachów, przygarniała bezdomne zwierzęta, a potem zawoziła je do schronisk, wspierała organizacje charytatywne. Pomagała wszystkim i wszystkiemu, ale nie potrafiła pomóc sobie. Ironia lekarzy.
    Wcześniej była normalna, tak samo jak kiedyś również i Thomas nie zachowywał się jak skończony dupek. Oboje mieli wady, w wielu sprawach się nie dogadywali, w kłótniach nieraz wykrzykiwali sobie najgorsze bluźnierstwa, ale potem godzili się, zżyci z sobą jeszcze bardziej. Wszystko zaczęło się psuć, gdy cały świat Thomasa przysłoniła praca; medycyna była najważniejsza i nawet kochające oczy Saskii nie mogły tego zmienić. Wracał do domu zmęczony, nie mając siły nawet na zwykłą rozmowę o tym, jak minął mu dzień. Odpychał od siebie narzeczoną, dla której był to cios prosto w serce i choć bolało jak diabli, nie poddawała się. Tkwił przy nim nawet wtedy, kiedy powiedział jej wprost: Nie potrafię cię kochać. Zdradzał ją nieustannie od dłuższego czasu i Saskia doskonale o tym wiedziała. Nie sypiał z kobietą, zdradzał ją ze swoją pracą, a to bolało chyba jeszcze bardziej, niż gdyby całował usta innej. Bywały chwile, gdy miała ochotę przytulić go i powiedzieć, że wszystko się ułoży, ale nie robiła tego ze względu na podskórny lęk, że Thomas odepchnie ją od siebie. Jako psychiatra widziała, że jego zachowanie prowadzi do autodestrukcji, ale nie dostrzegała równie istotnej rzeczy. Thomas nie niszczył tylko własnej osoby, niszczył także Saskię. Powoli z ciepłej, uśmiechniętej kobiety zostawał tylko cień, z każdym dniem blednący coraz bardziej. Tkwiła w tym żałosna prawda - nie mogła żyć z Thomasem, ale bez niego nie radziła sobie tym bardziej.
    Znała go na tyle, by doskonale zdawać sobie sprawę, że nie odmówi jej prośbie. Oprowadzi ją po swoim oddziale, by pochwalić się, jak to jest szanowany przez pacjentów, za jakiego dobrego człowieka go mają i jak pielęgniarki wpatrują się w niego maślanymi oczami. Saskia wiedziała, że w tamtym momencie Thomas najchętniej uciekłby od niej, gdzie pieprz rośnie, ale kusiła go perspektywa urośnięcia w oczach byłej narzeczonej. Uśmiechała się nadal tak samo uroczo, a w jej policzkach pojawiły się maleńkie dołeczki, bo naprawdę ucieszyła się, słysząc jego słowa. Próbował zachować obojętną minę, ale nawet ten pozorny chłód nie zraził Saskii. Grała z nim w pewną grę, której zasady były stare jak świat - zemsta. Słodka, jak miód, najlepiej smakowała na zimno. A ona już swoje odczekała, więc teraz był najlepszy moment. Na początku starała się Thomasowi pomóc, robiła to bardzo długo i cierpliwie, ale skoro on zostawił ją bez słowa wyjaśnienia, pokaże mu, co utracił. Oczywiście, że zachowywała się głupio i szczeniacko, ale nie myślała racjonalnie, odurzona perspektywą zemsty, a także po części odzyskania narzeczonego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. II/II

      - Nie bądź taki skromny, twój oddział nie może być taki, jak każdy inny, skoro poświęciłeś dla niego wszystko. - I znów ten niewinny uśmiech, wbijający szpileczkę po szpileczce w twardą skorupę Zachrissona. - Zastanawiam się tylko, co jest w nim takiego interesującego. Pielęgniarki noszą krótsze spódniczki czy może pacjentki są wyjątkowo urodziwe?
      Roześmiała się, ruszając w stronę, w którą zmierzał Thomas. Był to wyjątkowo lodowaty śmiech, nie brzmiący ani trochę szczerze. Szli wolnym krokiem, a Saskia czuła na sobie spojrzenia wszystkich pracowników na korytarzu. Na pewno dziwili się, że właśnie ona tak beztrosko gawędzi sobie z nieprzystępnym bogiem neurochirurgii, a doktor Nørgaard odczuwała z tego powodu mściwą satysfakcję. Nie myślała trzeźwo. Nie była już przecież dobrą, milutką Saskią, gotową poniżyć się nawet dla najukochańszej osoby pod słońcem.
      - Jestem tu krótko, ale już wiem, że polubię to miejsce - dodała, stając przed windą, przed którą zatrzymał się także mężczyzna. Ogromną radość sprawiało jej patrzenie na jego zdezorientowaną twarz. Próbował zamaskować to pod krzywym uśmieszkiem, ale przecież przed nią nie musiał niczego udawać. - Poznałam mnóstwo sympatycznych ludzi, codziennie przybywają nowe ciekawe przypadki, a ja wreszcie mogę się w pełni realizować. Myślę, że to właśnie ta kusząca wizja realizacji sprawiła, że zdecydowałam się opuścić tamten szpital. - Chciała, by myślał, że jest szczęśliwa, że nigdy nie była bardziej spełniona zawodowo. Chciała, by w oczach Thomasa wyglądała na kogoś, kim w środku w ogóle się nie czuła. - Tak właściwie co u ciebie słychać? Gdzie teraz mieszkasz?
      Nacisnęła guzik przywołujący windę, spoglądając na twarz Thomasa. Zastanawiała się, ile zdecyduje się powiedzieć, a ile zostawić w tajemnicy. Jeśli on jej nie powie, dowie się od kogoś innego; ludzie byli bardzo skorzy do rozmów, jeśli chodziło o znanych i szanowanych lekarzy, którym zazdrościli sukcesów.

      Saskia Nørgaard

      Usuń