
Per Yngve Cohen
udaje, że ma trzydzieści dziewięć lat
Tyle przekleństw tego świata zrzuca się na czterdziestolatka. Technologia, oferty "last minute", korupcja i konsumpcja. Wszystko dzieje się w tak ogromnym pośpiechu, tak niewiele rzeczy człowiek rozumie, coraz mniej dostrzega dobra i wszystkiego tak na dobrą sprawę, bo świat wiruje przed oczami jakby z nadejściem nowego tysiąclecia niespokojna huśtawka życia rozhuśtała się do nieba i jak czegoś się nie zrobi, zostanie się z niej wyrzuconym. Ludzie się zmienili - to trzeba przyznać. Starzy przyjaciele dają o sobie znać przy zakupie nowego samochodu, domy coraz większe, smutniejsze budują, takie tylko by się powiesić w przedpokoju. Najcenniejszymi przymiotami stają się uroda i bogactwo, a przecież taki czterdziestolatek tylko tęskni do imprez, do towarzystwa; czuje, że nie jest gotów by na dobre zgrzybieć, zabić w sobie nastolatka i tylko czekać, aż mu jeden po drugim organy wysiądą. Czterdziestolatek ożenił się piętnaście lat temu, bo wtedy szalała w nim chęć ukochania swojej narzeczonej w łóżku i niedawno tego pożałował, gdy poznał kobietę niewiele starszą od swej córki. Wyjechał do Kopenhagi, do swojego Anioła Młodości; do osoby, którą pragnie się zająć, pożywić się jej młodą duszą, ukochać ją jak niegdyś to dzisiejsze próchno swoją byłą żonę. Nie wie, czy ona go kocha, może woli o nim myśleć jak o ojcu, który sprawia jej za wiele przyjemności i obsypuje prezentami. Czterdziestolatek dla swojego nowego skarbu rzucił w diabły uczelnię, na której pełnił funkcję profesora, kupił czerwonego merca i tak ją kocha, tak kocha życie, które oszukuje. Przecież czterdziestolatek odbył służbę w wojsku, goli się i co miesiąc wpłaca alimenty, i choćby bardzo chciał, nigdy więcej nie będzie wolnym człowiekiem. Wręcz przeciwnie - z każdym dniem trochę bardziej umiera.
Nie. Nie. Nie.
Julie London. Belmondo. Kryzys wieku średniego.
Cześć.
[Hej, hej ;)
OdpowiedzUsuńJakieś pomysły na wątek?]
Laurien
[Czerwony Mercedes i młoda kochanka - tak to ja mogę przeżywać kryzys wieku średniego. Cześć!]
OdpowiedzUsuńR. Smit
[Muszę przyznać, że intrygująca postać. Witam. :)]
OdpowiedzUsuńRowie
[ mujeju, ktoś stworzył postać przekraczającą magiczny wiek trzydziestu pięciu lat. Wyrazy uszanowanka. (stwierdza osoba, która się na coś takiego nie poważyła i nie ma zamiaru, jak na razie).
OdpowiedzUsuńI ten, witam się ładnie. ]
Morten
[Jest cudowny i ma czterdziestkę, więc pjona, bo się w takich lubuję. Mam gdzieś pięćdziesięciolatka i prowadzi się takich wyśmienicie, więc cieszę się, że inni też odkrywają tę radość z posiadania starszych facetów (chyba źle to brzmi).]/Viktor
OdpowiedzUsuń[O, dziękuję. Trochę słodkości było, więc może pomyślimy nad wątkiem? ;>]
OdpowiedzUsuńRowie
[ Takie eksperymenty to ja wspieram i popieram.
OdpowiedzUsuńI ojejku, ludzie z internetów mnie kojarzą (a ja ich nie, icoteras?) D:
I właściwie to powinna przejść do tego, dla czego tu jestem, znaczy się - wątek jakiś może? ]
Morten
[ Ło mamuniu, myślałam, że sam Paulo Coelho do mnie napisał, ale potem zauważyłam, że powinnam cofnąć się do podstawówki i nauki czytania, niefajnie.
OdpowiedzUsuńPo pierwsze, nie wierzę, że nikt jeszcze tego nie zrobił, ale ja za nich nadrobię swoim entuzjazmem — BELMONDO *____*
Eksperymentujemy. Ich relacja pewnie też będzie eksperymentem. Ingelise jest uparta, a kiedy już się do kogoś przyczepi to niczym wrzód na tyłku. Z nią to można pić, można się bić, można opowiadać sprośne kawały, czasami jednak powinno się jej zamknąć dziuba. Na przykład własną pięścią. ]
Ingelise Winckler
[ dziękuję za przepuszczenie mnie w kolejce :) Postać z niego bardzo ciekawa i niestety strasznie realna, z tym kryzysem wieku średniego]
OdpowiedzUsuńJosephine
[Teraz powiedz mi, proszę, że czujesz się usatysfakcjonowana ^^]
OdpowiedzUsuńSalem
[No to cieszy mnie to bardzo! I uwaga, zaczynam...]
OdpowiedzUsuńWiele rzeczy, na których mogło zależeć człowiekowi, nie od razu układało się tak, jakby sobie tego wymarzył. Im zacieklej za czymś gonił, tym bardziej wymykało mu się to z rąk. Była to jedna z tych podobno moralizujących prawd, które matka Salem wyczytała na jednym z opakowań płatków śniadaniowych, a później powtarzała w kółko jak wyjątkowo silną mantrę. Nie chciała oczywiście rozwodzić się nad tym, czy słowa te miały jakieś uzasadnienie w życiu codziennym. Próbowała skierować tok jej poplątanych i niezwykle chaotycznych myśli na nieco inny tor. Ludzie uciekali różnymi ścieżkami. Jedni wybierali sen, inni długie spacery, jeszcze inni uzależnienie. Nie mogła skupić się na zajęciach, które od jakiegoś czasu wydawały jej się pozbawione wszelakiego - szeroko pojmowanego - sensu, toteż całą energię (i oszczędności z ręcznie malowanej skrzyneczki, ukrytej na parapecie w kuchni) przeznaczała na poszerzenie asortymentu, którego pozazdrościć mógłby jej nie jeden student malarstwa. I nie żeby czegokolwiek żałowała.
Kiedy obejmowała drobnymi palcami ołówek, pędzel czy nawet węgiel, który obecnie zostawiał ślady w każdym możliwym miejscu w jej małym mieszkaniu, czuła trudną do opisania ulgę. Ulgę, którą w innych okolicznościach zapewniłaby sobie telefonem do matki, jednej z koleżanek, czy nawet swojego ekscentrycznego szefa, z którym wyjątkowo lubiła się spierać.
Cicha, kojąca muzyka wypełniała dokładnie każde z pomieszczeń, pomięte i porozrzucane kartki papieru piętrzyły się na stosach przy fotelu, skóra na jej dłoniach coraz bardziej tonęła w ciemnych śladach po węglu. I właśnie w takich okolicznościach czuła się zaskakująco dobrze. Nad wyraz spokojnie.
Podobno każdy potrzebował chwili totalnego zatracenia, a skoro mogła osiągnąć ją w sposób niezagrażający ani jej, ani też nikomu innemu, powinna dziękować za to losowi, prawda?
- Leniwa ścieżka do nieba – zanuciła razem z mężczyzną, którego uważała za ucieleśnienie muzycznej doskonałości. Nie bardzo przejmowała się faktem, że natura obdarzyła ją stanowczo zbyt irytująco piskliwym głosem. Skoro kiepscy kierowcy nadal utrzymywali swoje prawa jazdy, nikt nie powinien zabraniać jej śpiewać. Urocza analogia.
- I nie muszę szukać drogi do innego miejsca. Wszystko co muszę robić to patrzeć na...
Pukanie.
Nie ciche, nieśmiałe stukanie, którym zazwyczaj raczyła ją sąsiadka, kiedy próbowała wcisnąć jej efekt swoich kuchennych eksperymentów.
Natarczywe, zniecierpliwione pukanie.
Raz za razem i znowu. Jak wyjątkowo złośliwa melodia.
Zmarszczyła zabawnie nos, zachodząc w głowę, kogo też mogło przywiać dzisiaj pod jej drzwi. Dokładnie teraz, kiedy nie spodziewała się ujrzeć przed nimi żywej duszy. Świadczyć o tym mogła na pewno zbyt długa, wymięta koszulka zastępująca jej sukienkę, niedbale związane włosy i wieża z brudnych kubków na blacie w kuchni.
- Idę! – odkrzyknęła, niechętnie podnosząc się z miejsca i ubolewając nad tym, że nie zdążyła tutaj posprzątać. Ostrożnie ruszyła w stronę drzwi, niechcący pozostawiając na jeden ze ścian wyraźny, czarny odcisk swojej dłoni.
Nie miała w zwyczaju wyglądania przez wizjer, toteż kiedy już w końcu wyjrzała zza nich, a jej oczom ukazał się najpierw widok kwiatów, a później JEGO twarz, zdziwienie zawładnęło czterema z jej pięciu zmysłów.
I choć bardzo chciała, nie potrafiła zmusić się do powiedzenia czegokolwiek.
Może być?
Salem